Dodano do koszyka

 

Zostało jeszcze aby otrzymać notes gratis!

Zostało jeszcze aby otrzymać wszystkie cztery notesy gratis!

Gratulacje! Otrzymasz gratis cztery nasze notesy!

ZALOGUJ SIĘ





Nie masz jeszcze konta?

Aby robić u nas zakupy, musisz się zarejestrować i założyć konto klienta.


Załóż konto »

 

ISBN 978-83-8150-074-6
14 x 19 cm
oprawa miękka ze skrzydełkami
392 str.
kategoria wiekowa 10+
dodaj do koszyka
42 zł   27,30 zł

Ruby Redfort. Spójrz mi w oczy

tekst: Lauren Child
tłumaczenie: Ewa Rajewska
Pierwsza część bestsellerowego sensacyjnego cyklu o nastoletniej tajnej agentce.

Co byście zrobili, gdyby agencja wywiadowcza zaproponowała wam supertajną pracę polegającą na łamaniu skomplikowanych szyfrów?

 

WPADLIBYŚCIE W PANIKĘ?

Tajni agenci nie wpadają w panikę.

 

POCHWALILIBYŚCIE SIĘ PRZYJACIELOWI?

Problem z głowy. Nigdy więcej się nie odezwą.

 

UMIELIBYŚCIE ZACHOWAĆ TO DLA SIEBIE?

No jasne, już to widzę!

 

Poznajcie Ruby. Ruby Redfort. Ma trzynaście lat. I jest genialna.

W podstawówce stworzyła kod, którego nie potrafili złamać nawet profesorowie Uniwersytetu Harvarda, z przyjacielem porozumiewa się szyfrem, a na francuskim z nudów czyta rosyjskie powieści w oryginale. Nigdy się nie poddaje i potrafi dochować tajemnicy.

A teraz będzie miała sporo do ukrycia…

 

Zgrzana i zmęczona wpadła w końcu na coś, co musiało być ceglaną ścianą. Obmacała wszystko wokół, ale przejścia nie było, mogła tylko zawrócić. Wyglądało na to, że kanał prowadził donikąd i cały jej wysiłek poszedł na marne.

Osunęła się na ziemię, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła się zastanawiać, skąd weźmie siłę, żeby się stąd wydostać. Nie umiałaby powiedzieć, jak długo siedziała w ten sposób.

Nagle głośne tąpnięcie, jakby zatrzęsła się ziemia.

Oślepiające światło – tak białe, jak czarna była ciemność.

Ruby zerwała się na równe nogi, mrużąc oczy. Jej serce waliło jak oszalałe.

I ten głos.

− A więc ci się udało, Ruby Redfort.


Kolejne tomy w przygotowaniu.


Zajrzyj do pokoju Ruby, skorzystaj z programu do łamania kodów, rozwiąż agencyjny test - odwiedź angielskojęzyczną stronę rubyredfort.com




Rozdział 5

Jeszcze więcej pustki

 

Ruby odwróciła się i pobiegła na górę. Wpadła do swojego pokoju i rzuciła się do obluzowanych desek w podłodze. Kiedy je podniosła, jej oczom ukazał się blask sześciuset dwudziestu żółtych notatników.

Na szczęście wyglądały na nietknięte. Następnie sprawdziła futrynę – sześćset dwudziesty pierwszy notatnik również był bezpieczny. Zajrzała do pozostałych jedenastu skrytek i odetchnęła z ulgą.

Już miała wyjść, kiedy zauważyła wciśnięty pod pusty regał telefon w kształcie pączka. Był to jedyny ocalały eksponat z jej kolekcji – i jedyny (widoczny) przedmiot w całym pokoju. Podniosła go i wybrała numer Clancy’ego. Nie wrócił jeszcze do domu, więc zostawiła mu wiadomość: „Oddzwoń, dobra?”. Potem poszła na dół. Wchodząc do kuchni, zrobiła minę wyrażającą cichą rozpacz.

− Tak mi przykro, kochanie – powiedziała jej matka współczująco.

− Nie martw się, Ruby, wytropimy drania. – Szeryf poklepał ją po ramieniu. – Ja już się odmeldowuję, proszę pani.

− Do widzenia, Nat – powiedziała pani Redfort.

Dwie minuty później rozległ się dzwonek do drzwi.

− Ruby, skarbie, otworzysz? – poprosiła Sabina. – To pewnie Nat, zapomniał notatnika.

Ale gdy Ruby otworzyła, ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła w progu niezwykle przystojnego, dosyć wysokiego, elegancko ubranego mężczyznę. Nie był zbyt młody, ale w żadnym razie nie można go było uznać za starego – właściwie nie dało się stwierdzić, w jakim jest wieku.

− To jest na lewą stronę – powiedział i wyciągnął rękę.

− Co? – spytała Ruby.

− Domyślam się, że tak zwane władze nie są zachwycone twoimi milczącymi postulatami – wyjaśnił, wskazując na jej odwróconą na lewą stronę koszulkę z niewidocznym teraz napisem niech jedzą ciastka.

− A, tak – potwierdziła. – Coś w tym rodzaju.

Skąd on wie o aferze z ciastkami?, pomyślała.

Kim jest ten facet?

Matka zdążyła już zejść do holu.

− W czym mogę pomóc? – zapytała niepewnie.

− Hitch – przedstawił się mężczyzna i rozejrzał się wokół. – Jak widzę, są państwo zwolennikami minimalizmu.

− Co proszę? – zająknęła się Sabina. – Ach, no tak. Mieliśmy włamanie. Obawiam się, że nie ma czego fotografować.

− W takim razie dobrze, że nie zabrałem aparatu.

− Jak to? – zdziwiła się pani Redfort, ściskając jego dłoń na powitanie.

Ruby zauważyła, że mężczyzna skrzywił się, jak gdyby poczuł nagły ból.

− Robię okropne zdjęcia. Zawsze pakuję palec w obiektyw.

Sabina wyglądała na zagubioną.

– Nie jest pan fotografem z „Życia z Klasą”?

− Jestem majordomem z firmy Zen Dom. To pani dzwoniła dziś rano?

− Aaaa! – Sabina się rozpromieniła. – Jest pan kamerdynerem?

− Wolę określenie „majordomus”, choć może być też „kamerdyner”, jeśli pani sobie życzy.

− Ale kiedy do państwa dzwoniłam, powiedziano mi, że dopiero za kilka tygodni będą kogoś mieli, więc jak…?

− Dwie godziny temu bez uprzedzenia wróciłem z Londynu. Moi poprzedni pracodawcy, lord i lady Wellingford, nieoczekiwanie podjęli decyzję o wyjeździe do Indii, by zwiedzić tamtejsze pałace, więc moje usługi przestały im być potrzebne.

− Ale pewnie za kilka tygodni wrócą?

− Nie wcześniej niż za trzy lata – odparł szybko Hitch.

− To trzeba aż trzech lat, żeby zwiedzić indyjskie pałace? – zdziwiła się Sabina.

− Podróżują na słoniu.

Jasne, pomyślała Ruby. Założę się, że go wylali.

− Czy chciałaby pani spojrzeć na moje referencje? Myślę, że się pani nie rozczaruje. – Hitch mrugnął do Sabiny, a ona zachichotała.

− Nie wątpię! – odpowiedziała figlarnie.

O matko!, pomyślała Ruby.

− Bardzo się cieszę, że pan tu jest, panie Hitch.

− Po prostu „Hitch”.

− No tak, tak się przyjęło z kamerdynerami, że mówi się do nich po nazwisku, prawda?

− W tym przypadku chodzi raczej o to, że tak się przyjęło ze mną: tylko matka mówi do mnie inaczej niż po nazwisku.

− Czyli jak? – chciała wiedzieć pani Redfort.

− Przeważnie „kochanie”.

− Do mnie proszę mówić po prostu „Sabina”. Albo „kochanie”. Żartuję, oczywiście…

Ruby spojrzała na matkę. Zachowywała się naprawdę dziwnie. I dlaczego chichocze jak idiotka?

− Nieważne. Myślę, że powinieneś wiedzieć, Hitch – ciągnęła Sabina – że mieliśmy tu ostatnio trudny okres. Oj trudny. Najpierw linie lotnicze zgubiły cały nasz bagaż, a teraz wyczyszczono nam dom do gołych ścian!

Hitch słuchał. Sabina trajkotała o wypadku z sokiem pomidorowym, zupełnie jakby wpadła w jakiś trans.

Kim jest ten gość, hipnotyzerem?

Nagle zadzwonił telefon.

− Przynajmniej telefon nam zostawili! – wykrzyknęła pani Redfort, szczęśliwa, że chociaż to ocalało. – To na pewno linie lotnicze! Ruby, odbierzesz?

Ruby podeszła do aparatu i podniosła słuchawkę.

− Mydlarnia Millford, mydło i powidło?

Ale znów nikt się nie odezwał. Ruby rozłączyła się i już miała wybrać numer Clancy’ego, kiedy telefon zadzwonił ponownie.

− Skoro nie chcesz gadać, to po co dzwonisz, koleś?!

− Co proszę? – zapytał niski chrapliwy głos.

− Może jeszcze zaczniesz sapać? To jest niegrzeczne, wiesz? – warknęła.

− Nie rozumiem. Nigdy nie dzwonię do ludzi, z którymi nie zamierzam rozmawiać.

To w takim razie kto dzwonił wcześniej?

− Czy mogę prosić Ruby Redfort?

− Przy telefonie – powiedziała.

− Znakomicie. Skoro cię znaleźliśmy, musisz już tylko znaleźć nas.

− Słucham? Co to ma być, podchody?

− No cóż, ptaszki ćwierkają, że nic ci nie umknie. Ale czy widzisz wszystko, Ruby Red?

− Nazywam się Ruby Redfort. – Ruby nie lubiła, kiedy ktoś przekręcał jej nazwisko.

− Mówią, że jesteś niezłą kryptolożką i masz oko do szczegółów. Podobno dostrzegasz najdrobniejsze detale i związki między nimi. Z pewnością nie dałabyś się nabrać na gruszki na wierzbie i widzisz, kiedy coś jest nie na swoim miejscu, gdy nikt inny nie zwraca na to uwagi. I wiesz, że coś zupełnie zwyczajnego w odpowiednim kontekście może stać się niezwykłe. Zgadza się?

− Potrafię łamać kody – oświadczyła Ruby, starając się brzmieć pewniej, niż się czuła.

− To dobrze – odparł głos i w słuchawce zapadła cisza.

− No to jak brzmi kryptogram? – powiedziała Ruby już sama do siebie i powoli odłożyła słuchawkę.

I co teraz?

W tym czasie Hitch, jak na majordomusa przystało, zarządzał domem Redfortów. Zanim Brant przekroczył próg, kamerdyner wniósł do środka część mebli ogrodowych, wyczarował skądś łóżka polowe i zamówił sushi na kolację. Sabina stała oparta o kuchenny blat i gawędziła z nim, jakby znała go znacznie dłużej niż godzinę i czterdzieści dwie minuty. Chociaż, jak zauważyła Ruby, nie była to szczególnie błyskotliwa konwersacja.

− Zaniosłam ten żakiecik Oskara Birdeta do Grossvenors przy Harling Street, znasz ich? I wiesz, co mi powiedzieli? „Bardzo nam przykro, pani Redfort, ale nie damy rady tego wyczyścić, to zbyt delikatne”. Dasz wiarę? I to ma być pralnia?!

− Cóż, może poczuli się nie do końca kompetentni, przecież to Oskar Birdet.

− Znasz Oskara Birdeta?

− Oczywiście.

− Niesamowity projektant, prawda?

− Boski. Proszę zostawić to mnie. Jutro zawiozę ten żakiet do zaprzyjaźnionej pralni, znają się tam na tym – zaproponował Hitch. – A jeśli nie dadzą rady sami, wyślą go do kogoś, kto sobie poradzi.

− Och, nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła przedstawić cię pani Digby!

− Pani Digby?

− To nasza gosposia. Miałyśmy małe nieporozumienie i chyba pojechała do kuzynki, żeby ochłonąć. Będzie tobą zachwycona.

Ruby wcale nie była tego taka pewna. Gość był jej zdaniem pajacem pierwszej klasy, a pani Digby „nie trawiła błaznów”.

Właśnie wypakowywał coś z jednej ze swoich walizek.

− Wozisz ze sobą własny toster? Urocze! – wykrzyknęła Sabina.

− No cóż – odparł Hitch, stawiając toster na blacie. – To dobry sprzęt, a poza tym kto nie lubi tostów?

Znowu. Krótki, widoczny tylko przez chwilę grymas bólu przy podnoszeniu prawej ręki.

− Co racja, to racja – powiedziała Sabina, kiwając głową.

− To ci dopiero kamerdyner. – Ojciec był pod wrażeniem.

Ruby się skrzywiła.

– Bo nie rozstaje się z tosterem?

Czyżby jacyś handlarze organów ukradli jej rodzicom mózgi?

Poszła na górę i wyjęła żółty notatnik z framugi. Myślała o tym, co Hitch mówił o swoich poprzednich pracodawcach. Kto ot tak wyjeżdża na kilka lat w podróż po Indiach na słoniu? I dlaczego tak znienacka? Nie mogła się pozbyć wrażenia, że kamerdyner nie mówi całej prawdy o Wellingfordach. O ile w ogóle istnieli. A jeśli jednak istnieli?

Pewnie porzucił ich w szalupie na środku Morza Północnego i uciekł ze wszystkimi ich pieniędzmi. Zdumiewające wyczucie czasu, z jakim się pojawił, przyprawiało Ruby o gęsią skórkę. Przywodziło jej na myśl Mary Poppins – ona też zjawiła się znikąd.

Tyle że Hitch nie był Mary Poppins.

Ruby przypomniała sobie Zasadę nr 29: To, że lew podaje się za mysz, nie znaczy, że naprawdę NIĄ jest.

Przez cały wieczór czekała na kolejny tajemniczy telefon – ale nikt nie zadzwonił. Ruby przewracała się na swoim prowizorycznym posłaniu, analizując w kółko szczegóły tamtej rozmowy.

Dlaczego głos się rozłączył? Kiedy chcesz, żeby ktoś złamał kod, powinnaś podać mu kryptogram. Rany. Wszędzie pełno dziwaków.

Ale gdy jej zegarek wskazał 4.43, nagle usiadła na łóżku.

No jasne! Jak mogła być tak głupia!

 

(ur. 1965)

Brytyjska pisarka i ilustratorka, autorka wielokrotnie nagradzanego bestsellerowego cyklu powieści o Clarice Bean, a także niezwykle popularnych książeczek o Charliem i Loli oraz współproducentka kreskówki telewizyjnej na ich podstawie. Książki Lauren sprzedają się w milionach egzemplarzy na całym świecie i zdobywają liczne nagrody, w tym Smarties Prize (czterokrotnie), Kate Greenaway Medal oraz Red House Children’s Book Award, a ona sama została odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego. Nakładem Dwóch Sióstr ukazuje się stworzony przez nią cykl o nastoletniej tajnej agentce Ruby Redfort.
34,00 zł   30,60 zł
dodaj do koszyka
36,90 zł
dodaj do koszyka
34,90 zł   30,00 zł
dodaj do koszyka
34,00 zł
dodaj do koszyka