 |
Rzeczpospolita, 19 grudnia 2007
Monika Janusz-Lorkowska
(...) Oficyna Dwie Siostry jako pierwsza na poskim rynku zaczęła w ubiegłym roku wznawiać książki, które kupowały dzieciom dzisiejsze babcie i prababcie.


Dziecko, 12/2007
Joanna Katarzyna Kubisiowska
To istne dzieło sztuki. Z czarnych jak smoła stron wyłaniają się litery alfabetu oraz wierszyki na temat trudnych słów. Marta Pokorska postanowiła dzieciom objaśnić, co znaczą te dziwne, często niełatwe w wymowie pojęcia (m.in. logika, nonkonformista, respekt, zabobon) pojawiające się w rozmowach między dorosłymi, gazetach, radiu czy telewizji. "Arcytrudny alfabet" pokazuje język jako tajemniczy labirynt, który za każdym rogiem odsłania swoją różnorodność. Humor, inteligencja, wyobraźnia, zabawa. Aha, no i jeszcze edukacja.
Joanna Olech
Na moim regale z książkami jedna półka zarezerwowana jest dla książek najpiękniejszych, druga dla najmądrzejszych. I tu mam dylemat - trzymam w ręku tomik, dla którego powinno się znaleźć miejsce na obu tych półkach.
Autorką tekstu i obrazków jest ta sama, wszechstronnie utalentowana osoba. Marta Pokorska ukończyła wydział filozofii, po czym podjęła studia na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jej "Arcytrudny Alfabet" był pracą dyplomową na wydziale grafiki. Ten lekko, z wdziękiem napisany słowniczek wyrazów obcych cieszy oczy - to nowoczesna, piękna książka, skomponowana w myśl zasady jedności tekstu i obrazu. Każdy trudny termin (inklinacja, fobia, megaloman) objaśniony jest za pomocą rymowanej fraszki i encyklopedycznej definicji. Ale dopiero mistrzowski projekt książki czyni z niej prawdziwy majstersztyk. Logiczny układ stron, pyszne ilustracje, soczyste kolory i wreszcie - świetna proporcja obrazka do prościutkiego tekstu - wszystko to zrobiono w zgodzie z najlepszymi tradycjami sztuki edytorskiej. Nic dziwnego, że "Dziecko" jest patronem medialnym tej perełki!


Gazeta Wyborcza, 27/02/2006
Jarosław Mikołajewski
Książka piękna pod każdym względem. Wzgląd pierwszy, sentymentalny: jest to wznowienie edycji z 1968 r., którą pamięta bardzo wiele ówczesnych dzieci, po którą (zaczytaną i ledwo żyjącą) chodzą teraz do bibliotek, żeby pokazać dzieciom, jakie piękne książki dawniej wydawano. Tak więc, dzięki wydawnictwu Dwie Siostry, ówczesne dzieci będą mogły swoim dzisiejszym dzieciom kupić tę książkę na własność. Wzgląd drugi: ilustracje (te same, co w wydaniu z '68). Niedzisiejsze, ciepłe i nieprzesłodzone, zrozumiałe, lecz niedosłowne. Cudo! Ich autorem jest Mirosław Pokora, artysta jakby dziś zapomniany, który jednak - co przypominam sobie dziś, patrząc na jego falujące kreski, paniusine dzióbki i pacholęce poliki - olśniewał i rozweselał przed laty wyobraźnię dzisiejszych 40-latków i najwyższy czas, by jego cudowne, rozbrykane rysunki jakoś hucznie przypomnieć. Trzecim względem jest sama opowieść - o Andim, który nie miał babci i bardzo zazdrościł wszystkim dzieciom z podwórka, które babcię (a nawet dwie) miały. O Andim, który poznaje jedną ze swoich nieżyjących już babci na fotografii, siłą fantazji przenosi ją na gałąź jabłoni, a potem przeżywa z nią przygody, których nawet z najlepszym kolegą przeżyć nie można. Nie tylko w wesołym miasteczku, lecz również, na przykład, w tramwaju, ponieważ babcia z jabłoni zachowuje się sama jak dziecko i wszystko jej uchodzi na sucho. Lecz Andy, tak bardzo złakniony Babci-Od-Przygód-I-Od-Różnych-Zwariowanych-Rzeczy, poznaje również prawdziwą starszą panią, która co prawda nie kręci się na karuzeli, ale w dzieciństwie wkładała do ziemi zegarki i podlewała je wodą. A teraz ma różne potrzeby, w których Andi może naprawdę jej pomóc, choćby zanosząc coś do jedzenia i picia...
Ta książka bawi, wzrusza, przybliża tych, którzy czytają głośno, tym, którym jest ona czytana, przybliża babcie wnuczętom, a wnuczęta babciom.


Miasto Dzieci, portal internetowy
Kamila Kanafa
Piękna książka o miłości, kulturze i religii w Indiach... A przede wszystkim o cierpieniach i roli kobiety w świecie zorganizowanym przez mężczyzn, gdzie zabobonne poczucie wstydu i hańby są ważniejsze od życia.
13 letnia Koli zostaje wydana za mąż, za chłopca którego nie widziała na oczy i który okazuje się być śmiertelnie chory. W bardzo krótkim czasie dziewczynka zostaje wdową, a wdowa przynosi pecha, jest obciążeniem dla rodziny, w dodatku rodziny swego zmarłego męża. Nie może wrócić do rodziców, bo było by to dla nich hańbą i zesłało na nich nieszczęście.
Samotna i nieszczęśliwa dziewczynka zbyt kocha rodziców i braci, by swym powrotem do domu ściągnąć im na głowę problemy. W domu teściów ciężko pracuje i jest źle traktowana. Czytelnikowi wydaje się, że jej życie zmierza do nikąd... Koli nie ma wykształcenia, bo dziewczynki nie chodzą do szkoły, nie ma pieniędzy, bo rentę po mężu zabiera teściowa. Na szczęście jej teść potajemnie uczy ją czytania i pisania, a matka we wczesnym dzieciństwie nauczyła pięknie haftować. Te dwie umiejętności i napotkani po drodze dobrzy ludzie doprowadzą ją ostatecznie do szczęścia lecz droga do niego będzie bardzo bolesna.
Czytając książkę myślimy: "Co za czasy...?", "Ileż kiedyś kobiety musiały wycierpieć?". I tylko dziwi nas skąd, w pewnym momencie, w tekście mowa o komputerach...? Czyżby autorka się pomyliła? A może tłumaczka przekręciła jakieś słowo? Niestety opowieść o Koli jest świadectwem życia, które być może toczy się gdzieś obok nas, a o którym na co dzień po prostu nie myślimy lub też nic nie wiemy.
Książka pozostawia zadumany ślad w pamięci - warto poświęcić jej chwilę. M.in. dlatego, że daje też nadzieję, na to, że mądre i dobre kobiety w każdych warunkach w jakich przyszło im żyć będą potrafiły odnaleźć swoje szczęście.
miastoksiazek.blox.pl/2008/05
Rzadko kupuję książki pod wpływem impulsu, lubię raczej wiedzieć, czego się spodziewać. Ostatnio jednak zdarzyło mi się to, gdy w Taniej Książce wpadła mi w oko powieść Glorii Whelan "Bezdomny ptak". Na okładce znalazłam tylko krótkie streszczenie, które wskazywało na temat indyjzki, oraz informację, że książka ta została nagrodzona National Book Award, jedną z ważniejszych nagród literackich w Stanach. Duża czcionka i dość specyficzna szata graficzna oraz fakt, że wydało to Wydawnictwo Dwie Siostry sugerowały, że to książka raczej dla młodzieży, ale nabrałam tak wielkiej ochoty na jej przeczytanie, że nie wahałam się długo. Połknęłam całość w jedno popołudnie i bardzo mi się podobała.


teleranek.tvp.pl
Dorota Koman
Tym razem chciałoby się napisać najpierw: opracowanie graficzne (ilustracje) Kveta Pacovská - bowiem właśnie dla ilustracji, dla książki-dzieła sztuki sięgnęłam po tego jedynego i niepowtarzalnego "Czerwonego Kapturka". Książka to nie tylko tekst, choć na nim najczęściej koncentrują się krytycy (w większości literaccy właśnie), pomijając często walory graficzne. Tę książkę chciałabym Wam jednak polecić głównie ze względu na jej urodę (tym bardziej, że w waszym wieku znacie już "Czerwonego Kapturka" na pamięć). Nie znaczy to, oczywiście, że nie zwrócił mojej uwagi staranny przekład Wojciecha Samborskiego czy perfekcyjna praca redaktora książki. (...)
Czemu więc raz jeszcze mielibyście sięgnąć po "Czerwonego Kapturka", którego znamy wszyscy? Otóż po to, by zobaczyć, jak można zilustrować tę starą i - zdawałoby się - "opatrzoną" bajkę na nowo. Kveta Pacovská - wybitna czeska graficzka (urodzona w 1928 roku w Pradze) zrobiła to z rozmachem godnym największych mistrzów sztuki współczesnej. Naprawdę Wassily Kandinsky, Joan Miró czy Paul Klee (których wpływy są tu widoczne) pokiwaliby głową z uznaniem. (...)


06/2010
Jolanta Gajda-Zadworna
Łóżko niczym bokserski ring, wielkie usta, na których można przysiąść i z pozoru najzwyczajniejsze krzesło. Pomysły ekstrawaganckie obok tak powszechnych, że nie podejrzewalibyśmy, iż kiedyś wyznaczały trendy. Przybliży nam je ilustrowana "pigułka" z historii wzornictwa. Intrygująca, inspirująca i wprawiająca w dobry nastrój nawet najbardziej opornych wobec designu.
Nie ma w tym nietypowym albumie napuszonej elitarności. Jest zaproszenie do zabawy z formą i jej różnorodnymi wersjami a także dowcipny, pełen anegdot przekaz z mnóstwem intrygujących informacji.
Autorzy już w tytule spuszczają powietrze z balonu, jakim jest nadużywane słowo design. Proponują subiektywny przegląd Sprzętów i Gratów Niecodziennych. Interesują ich przedmioty z najbliższego, domowego otoczenia, które zaznaczyły swoją obecność w ciągu minionych 150 lat. (...)
Odwołując się do anegdoty i dopełniając kolejne przykłady zabawnymi ilustracjami, autorzy przekonują, że równie ciekawe, jak projekty, są ich twórcy, a także powody, dla których stworzyli np. sekretarzyk w kształcie osła, łóżko niczym bokserski ring, regał przypominający palety w ulu czy słynną wyciskarkę do cytrusów w kształcie ośmiornicy. Sam album, w tak pasjonujący sposób pokazujący koncepcje innych twórców, też jest ciekawym graficznie projektem. (...)


05/2008
Radek Stach
Shigeru Bana nebo "4x4" od Tadaa Andóa. Autori Aleksandra Machowiak a Daniel Mizieliński zahrnuli i velmi netypické projekty, jako návrh mobilního domu pro bezdomovce "Homeless Vehicle" od Krysztofa Wodiczka nebo stan pro ekology "Treetent" od Dre Wapenaara. D.O.M.E.K. má formu typickou pro detské knihy, kazdy projekt je ilustrován vtipnymi analogiemi, které detem umoznují vytvorit si predstavu o tom, co vse muze slouzit architektum jako inspirace. Popisy domu doplnují kresby v zivych barvách, ukazující budovy jak zvenku, tak zevnitr. Detaily projektu vysvetlují skici s popisy zajímavostí charakteristickych pro konkrétní dum, doplnené informacemi v podobe piktogramu udávajícími lokalitu, datum vystavby, pouzité materiály ci ekologickou stránku návrhu. Autori pamatovali i na to, aby v knízce byly predstaveny rezy a pudorysy projektu, které se stávají prvními podnety pro rozvoj prostorové predstavivosti. D.O.M.E.K. ukazuje detem, ze dum nejsou jenom ctyri zdi a strecha, ze architekmuze mit mnoho nejruznejsich prob. Knizka je zatím dostupná jenom v polském jazyce. Pripravovány jsou verze v nemcine a francouzstine.

22/2008
Kuba Dabrowski
"Domkologia to nauka o stworzonych przez ludzi miejscach, które stanowią schronienie przed wszelkim niebezpieczeństwem. Miejsca te, powszechnie nazywane domami, mogą przybierać różne formy i zazwyczaj posiadają wiele funkcji" - piszą Machowiak i Mizieliński. Ich "D.O.M.E.K." to rysunkowo-tekstowe historie 35 naprawdę istniejących i zamieszkanych nietypowych realizacji architektonicznych. Przyjazny dzieciom i przydatny dorosłym przewodnik po klasyce awangardowego budownictwa mieszkaniowego drugiej połowy XX wieku - od La Maison Bulle Anttiego Lovaga (w książce nazywa się domem bąblowcem), przez wybudowany w zboczu góry Casa Tóló Alvaro Siza Vieiry (dom ze schodów), po pojazd dla bezdomnych Krzysztofa Wodiczki. Z książki dowiemy się, gdzie stoją poszczególne domki, z czego je zbudowano i jakimi motywami kierowali się architekci, wymyślając te czasem naprawdę dziwaczne konstrukcje. Wszystko napisane z humorem, rzetelnie i zrozumiale, a narysowane wprost wyśmienicie.

27/05/2008
Murowane latające dywany, czyli dla dzieci o architekturze
Maja Mozga-Górecka
Domek do picia herbaty? Chyba kubek? - zdziwił się mój pięcioletni syn, przeciwnik picia herbaty, za to miłośnik niekonwencjonalnych konstrukcji, z nosem w kolorowej książeczce o najdziwniejszych domkach świata. Godzinę później był gotów przeprowadzić całą rodzinę do domku-orzeszka - niewielkiej drewnianej kuli zwieszającej się na linach z drzewa (projekt: Tom Chudleigh), albo do miniwioski w kolorze bławatków założonej na dachu jednej z szacownych kamienic w Rotterdamie (proj. MVRDV). Syn pracuje nad "piętrowym latającym dywanem z wdechem napowietrzającym". Byle budowle go nie interesują.
Wydany właśnie "D. O. M. E. K." Aleksandry Machowiak i Daniela Mizielińskiego zawiera konstrukcje z różnych stron świata narysowane z chłopięcym humorem (wyd. Dwie Siostry).

teleranek.tvp.pl
Dorota Koman
"Domkologia to nauka o stworzonych przez ludzi miejscach, które stanowią schronienie przed wszelkim niebezpieczeństwem. Miejsca te, powszechnie nazywane domami, mogą przybierać różne formy i zazwyczaj posiadają wiele funkcji. D.O.M.E.K. to zbiór trzydziestu pięciu najciekawszych przykładów istniejących domów z całego świata" - czytamy we wstępie do książki Aleksandry Machowiak i Daniela Mizielińskiego "D.O.M.E.K. Doskonałe okazy małych i efektownych konstrukcji".
Dla wielu z Was "D.O.M.E.K" będzie pierwszym spotkaniem z architekturą. I - zapewniam Was - spotkaniem nadzwyczaj interesującym. Inspirującym. Fascynującym. Bo niezwykłe bywają pomysły architektów. I niezwykłe ich realizacje. Zobaczmy, jak funkcjonuje dom żółw (latem większy, z wysuniętym "łebkiem", zimą mniejszy, łatwiejszy do ogrzania...), dom jajko, dom przylepka, dom żagiel, dom pod beczką i dom ze schodów, dom księżyc i dom norka. Bąblowiec i igloo (w Polsce!), UFO, motyl, rura, orzeszek czy... walizka. Te nazwy nadali im polscy autorzy, ale każdemu opisowi domu towarzyszy oryginalna nazwa i wiadomość, gdzie się dana konstrukcja znajduje. Opisy i rysunki uzupełnia legenda, wskazująca, z czego zrobiony jest dom (z betonu, drewna, szkła czy... materiału), w jakiej okolicy jest usytuowany (na pustkowiu, w wielkim mieście czy miasteczku), jakie funkcje spełnia, jakie ma wygody. Dowiadujemy się również, kto go wymyślił i zaprojektował, a czasami czytamy krótką opowieść a to o architekcie,
Zobaczcie zatem, jak w swoim domku na 6-metrowym drzewie pije herbatę słynny architekt Teronobu Fujimori. Z takim przewodnikiem możecie ruszyć w wielką podróż, odszukujac np. w Internecie zdjęcia tych niezwykłych konstrukcji. Wpiszcie choćby Curtain Wall Hause i przyjrzyjcie się, jak w rzeczywistości prezentuje się dom zasłonka - odsłaniajac w ten sposób pierwszą z zasłon architektury. Życzę Wam dobrej zabawy!

Tygodnik Powszechny, 30/2008
Katarzyna Kubisiowska
(...) Autorzy nie skupiają się na zabytkach klasy 0, ale pokazują obiekty powstałe w ostatnich kilku dekadach. W ten sposób dają wyraźny komunikat: współczesność jest inspirująca, warto ją odkrywać i doceniać. Więcej, do dziecka bardziej ona przemawia niż gotyckie strzelistości czy barokowe esy-floresy.
Machowiak i Mizielski posunęli się jeszcze krok dalej: pokazali zabudowę ekscentryczną, nieraz uznawaną za kicz, na pewno jednak niepozostawiającą obojętnym. Szczególnie kilkulatka, którego nieskrępowana wyobraźnia z łatwością łamie konwencje, obnaża standardy i podważa to, co powszechnie uznawane za piękne. Domek-ufo, domek-zygzak, domek-gąsienica, domek-orzeszek - oto garść przykładów zaprezentowanych tu rysunkiem, przekrojem poprzecznym i zabawnym opisem. W "D.O.M.K.U." działa też system ikon porządkujących wiedzę, jest np. mapa świata z zaznaczonymi państwami oraz ich flagami wskazującymi na architektoniczne rodowody, są nawet wykonane z przymrużeniem oka portrety autorów konkretnych projektów.
Pozycja przemyślana w każdym detalu, wykonana z rozmachem, ale bez przytłaczającego natłoku, pod względem edytorskim przejrzysta i estetycznie spójna, wydrukowana na dobrej jakości papierze nasyconym intensywnymi barwami. Szlachetna w przesłaniu: uwrażliwiająca dziecko na istnienie ludzi niepełnosprawnych (dom-winda) oraz najuboższych (dom dla bezdomnych). Pokazująca, że twórcze równa się oryginalne, a oryginalne znaczy odważne. Dowodząca, że nawet dorośli potrafią się swoją pracą cieszyć. Mówiąca o czymś ukrytym, a przecież zasadniczym: o sakralności przestrzeni mieszkalnej. O jej istotności w ludzkiej codzienności.

Życie Warszawy, 23 maja 2008
Jolanta Gajda-Zadworna
Dwoje designerów stworzyło książkę o współczesnej architekturze. Efekt? Trudno się oderwać od tekstów i ilustracji przedstawiających najbardziej zaskakujące projekty z najróżniejszych zakątków świata. Kanadyjski "dom orzeszek", japońska "zasłonka", finlandzkie UFO czy chiński dom - walizka... To dowód, że ludzka pomysłowość nie zna granic.


Miasto Dzieci, portal internetowy
Zuzanna Ziajko
Kiedy miałam pięć lat strasznie chciałam mieć lwa. Małego, słodkiego lewka. W myślach przytulałam jego ośliniony pyszczek, ganiałam po podórkowym trawniku i usypiałam na wspólnej poduszce.
Lwa wybiła mi z głowy mama. Potem chciałam być Miss Świata. Mieć złotą koronę, blond loki spadające z ramion i łzy wzruszenia w oczach. Bycie Miss wybiła mi z głowy "estetyczna" rzeczywistość. Za to latać, chciałam od zawsze. Samolot niestety nie spełniał moich oczekiwań. W samolocie jest nudno. Nie czuć pędu powietrza, zmieniających się temperatur, a małe okienka zawężają pole widzenia. Ja chciałam przemieszczając się w czaso-przestrzeni, dotykać palcami chmur i wbrew zasadzie grawitacji dać się przyciągać słońcu. I nadal o tym marzę. I za każdym razem, kiedy życiowy racjonalizm, każe mi porzucić wiarę w spełnienie owego marzenia siegam po "Gałkę od łóżka". Wraz z trójką głównych bohaterów przekręcam czarodziejską "gałkę", wypowiadam życzenie i unoszę się ponad ziemią i ponad czasem. "Gałka od łóżka" to książka o sile wyobraźni. Kasia, Karolek i Paweł podczas wakacji na wsi poznają Pannę Price. Początkującą czarownicę-amatorkę. To ona wprowadza dzieci w świat magii (...)


Newsweek Polska, 10/2008
Max Fuzowski
Piękna, wojna i bestia
"Hanulka Jozy" rozpoczyna się jak klasyczna powieść szpiegowska. Oto główna bohaterka, młoda lekarka Eliszka, zmierza w stronę jednej z praskich kamienic. Ma wejść na trzecie piętro, jeśli usłyszy w mieszkaniu naprzeciwko schodów włączony odkurzacz, ma zadzwonić trzy razy, po czym wsunąć pod drzwi kopertę. Z kamienicy ma wyjść tylną bramą, na znak powodzenia akcji musi zdjąć z głowy beret i zastąpić go chustką. Jednak tego dnia wszystko jest nie tak - lokatorzy z trzeciego piętra już zostali aresztowani przez gestapo. I tu wątek szpiegowski się urywa, a rozpoczyna się opowieść o ucieczce, trudnej miłości i hermetycznej społeczności, która żyje daleko w górach, niemal odcięta od świata i tym samym realiów II wojny światowej. Czeska pisarka Květa Legátová stworzyła przejmującą nowelę (choć objętościowo blisko jej do powieści; liczy sobie 150 stron), w której wojna odbija głębokie piętno na życiu bohaterów, mimo że z karabinów niemieckich żołnierzy nie pada ani jeden strzał. Eliszka uciekając przed aresztowaniem wyjeżdża do zabitej dechami wsi Żelary, gdzie zmienia tożsamość i zawiera fikcyjny ślub z "prostakiem z dalekich gór", jak sama mówi o mężu Josefie. Już jako Hanulka broni się przed Jozą, przed jego prostym choć szczerym uczuciem. Lody jednak pękają, niegdysiejsza lekarka zaczyna się podporządkowywać nowej sytuacji zapominając o swojej przeszłości. Legátova niezwykle sugestywnie przedstawia bolesną lecz naturalną przemianę swojej bohaterki na tle genialne naszkicowanych obyczajowych krajobrazów czeskiej wsi. Nie przez przypadek to właśnie nakręcony na podstawie "Hanulki Jozy" film "Żelary" Ondřeja Trojana znalazł się w 2004 roku na liście pięciu zagranicznych obrazów nominowanych do Oscara.

Przystań Literacka, 4/2008
M. Gierszewski
http://www.przystan-literacka.pl/index.php?show=1816
Zakładka do książek, 12/2008
internautka, blog internetowy
http://strona105.blogspot.com/2008/12/hanulka-jozy-kvta-legtov.html
"(...) Piękno tej prozy tkwi w jej prostocie. Krótkie zdania, mające na celu poinformować czytelnika o tym, co się dzieje z bohaterką, gdzie jest i co czuje. I nagle, gdy w Hanulce dokonuje się przemiana, w zdania wkrada się liryzm a opisy przyrody powodują, że odnosi się wrażenie, iż razem z bohaterką ma się możliwość pooddychania chłodnym, górskim powietrzem. Odczuwałam ten ogrom, niezłomność natury i marność człowieka w zderzeniu z górami. I ta drobinka, samotna, czująca, istniejąca pomimo... to Hanulka? to ja?
Kryształowo czysta proza. Taka, która wciąż drży w czytelniku, pomimo, że stronice powieści już dawno zamknięte. Warto."


Monika Janusz-Lorkowska
Dyplomowany detektyw leśny w akcji
"W środowisku leśnym najlepszym sposobem tropienia jest przebranie się za mrowisko. W takim przebraniu można w wielu wypadkach deptać wprost po piętach śledzonemu. Należy tylko wystrzegać się kichania! Nic bardziej nie budzi podejrzliwości rabusiów niż kichające mrowisko" - to z "Korespondencyjnego Kursu dla Detektywów Prywatnych".
Kurs taki kończy z powodzeniem Joachim Lis, tytułowy bohater opowieści szwedzkiego pisarza dla dzieci i młodzieży Ingemara Fjella. Lis otrzymuje dyplom i ma wszystko, co prawdziwy detektyw powinien mieć: kapelusz, fajkę, wielkie szkło powiększające i kraciastą kamizelkę. Szybko trafia mu się pierwsze śledztwo. Z piwnicy Bonifacego Borsuka ginie dziesięć słoików malinowych konfitur...
Starannie wydana, ponad stupięćdziesięciostronicowa powieść Fjella składa się z kilkunastu krótkich rozdziałów. Jest lekka i dowcipna. Spodoba się zarówno maluchom pięcioletnim jak i dziesięciolatkom. Dodatkową jej atrakcją jest fakt, że została wydana w serii Mistrzowie Ilustracji. Przypominane są tu słynne grafiki Teresy Wilbik, studentki profesora Jana Szancera. 70-letnia dziś artystka zdobywała za swe ilustracje dla dzieci wiele nagród krajowych i zagranicznych (m.in. Złote Jabłko na Biennale Ilustracji w Bratysławie w 1979). W ubiegłym roku otrzymała Medal Polskiej Sekcji IBBY za całokształt twórczości.


Miasto Dzieci, portal internetowy
Olga Mazurek
Miłość do książek nie jest cechą wrodzoną, ale kwestią wpajania od najmłodszych lat wartości słowa pisanego, jego znaczenia i siły. Początek tego uczucia rodzi się najczęściej we wczesnych latach życia, kiedy to rodzice pokazują swoim dzieciom zaczarowany świat historii kota Filemona czy Jasia i Małgosi. Ciekawą propozycją dla kochających literaturę nieletnich czytelników jest pozycja Krystyny Boglar "Klementyna lubi kolor czerwony".
Są wakacje, grupa dzieci z miasta spędza swoje wolne dni na wsi. Wielkimi krokami zbliża się koniec sierpnia i wkrótce mają nadejść szkoła i jesień. Niestety pomimo przyjemnie spędzonego czasu dzieci nie spotkała żadna wakacyjna przygoda, o której tak marzyły. Aż tu pewnego dnia pojawia się szansa na status bohaterów, wybawców i na spełnienie fantazji. A wszystko zaczęło się od tradycyjnych odwiedzin Marka, Pulpeta i Asi u żabiego króla mającego swą siedzibę w sadzawce znajdującej się na leśnej polanie. Właśnie tam, wśród zarośli rodzeństwo znalazło małą, płaczącą dziewczynkę - Jarzynkę. Roztrzęsiona dziewczynka nie potrafi wyjaśnić dzieciom skąd się wzięła w lesie i kim tak naprawdę jest Klementynka, która się zgubiła Jarzynce. Trójka rodzeństwa niewiele myśląc przygotowała plan odszukania Klementynki. Jednak do pomocy potrzebowali pomocy braci Bolka i Olka - przyjaciół zabawy. Chłopcy mieli spełnić ważne zadanie położenia się w zastępstwie w łóżka Marka, Pulpeta i Asi (tradycją bowiem było, iż każdego wiecz
Książeczka jest pięknie wydana, w sztywnej oprawie i uzupełniona o proste, ale jakże piękne rysunki Bohdana Butenko, które dodają uroku i wspomagają skutecznie przekaz słowny. Piękna i ciekawa, warta przeczytania - oto wniosek końcowy powszechnie obowiązujący. Wszystkich rodziców serdecznie zachęcam do czytania swoim dzieciom i niech to będzie również książka Krystyny Boglar "Klementyna lubi kolor czerwony"!


Gazeta Wyborcza, 5/2009
Agnieszka Wolny-Hamkało
"Miała tylko sto dwadzieścia siedem lat, a to jak na czarownicę jest naprawdę bardzo mało" - tak zaczyna się opowieść o magii, dobrych pomysłach i wrednych ciotkach. Jej bohaterką jest uparta, zbuntowana małolata, która mieszka z gadającym krukiem i ruchliwą miotłą. Jest outsiderką, ponieważ lubi sprawiać ludziom przyjemność. Inne wiedźmy, z natury podłe, chcą ją usunąć ze swego zaklętego kręgu. Podglądamy Malutką, kiedy czarodziejsko rozgrzewa zmarznięte ciało ulicznego sprzedawcy kasztanów albo sprawia, że papierowe rośliny z koszyka kwiaciarki zaczynają uwodzicielsko pachnieć. Dowiadujemy się też co nieco o zwyczajach czarownic. Są tu wszystkie rekwizyty gatunku: księgi, kociołki, magiczne wichury, a nawet Noc Walpurgii. Preussler bawi się konwencją i operuje subtelnym dowcipem. Łatwo polubić krnąbrną dziewczynkę i Abraksasa - jej kruka, gderliwego racjonalistę. Wzrusza nieco archaiczny, ale urokliwy język tej opowieści: "Bo będę musiał cię dziobnąć w siedzenie" - oto jak brzmi groźba! "Stokrotnie przepraszam, żartowałem" - dżentelmeńsko kaja się leśniczy. Książka ukazuje się w serii "Mistrzowie ilustracji". Czarownicę, kruka i ich przygody z werwą i dowcipem narysowała Danuta Konwicka.
czytelnia.onet.pl, 5/2009
Marta Mizuro
Gdy tylko usłyszałam o młodym adepcie magii robiącym furorę wśród dzieciaków, natychmiast przypomniałam sobie bohaterkę, która oczarowała mnie w dzieciństwie. W jej przygody wczytywałam się nie raz i nie dwa, jak dziś nieletni czytelnicy wczytują w kolejne tomy opowieści o Harrym Potterze. Zadanie miałam łatwiejsze, bo "Malutka czarownica" liczyła sobie ledwie 156 stron i była dość gęsto ilustrowana. W takiej też objętości i z tymi samymi grafikami Danuty Konwickiej książka ukazała się w tym roku, dlatego wracam do niej z jeszcze większą przyjemnością.(...) Edukując Malutką Czarownicę pisarz wychowuje naturalnie małych czytelników, dostarczając im, z jednej strony, sporo dobrej zabawy, a z drugiej - wielu przykładów na to, jak nie wolno się zachowywać. Elementy zaczerpnięte z baśni ładnie się tu łączą z sytuacjami, które wzięte zostały z życia. I niewiele straciły na aktualności - do historii odeszły chyba tylko zbieraczki chrustu, ale nie ludzie znęcający się nad zwierzętami albo starsi chłopcy dokuczający młodszym. (...)

www.nietylkodzieciaki.pl, 3/2010
(...) Genialna. Zabawna. Rozwojowa. Rysowana. Dziecięca. Kolorowa. Cudna... i mogłabym tak naprawdę długo.... Autorzy tej książeczki to: Aleksandra Mizielińska i Daniel Mizieliński twórcy Hipopotam Studio, gdzie tworzą rzeczy nieprawdopodobne i w nieprawdopodobny sposób je pokazują. Do nich należy też ta książeczka, która przedstawia jeden dzień z życia mieszkańców Mamoko. (...)
Nie często udaje mi się, między dziewczynkami podejrzeć sielankowe obrazki ale ich widok leżących na podłodze z tą książeczką i ich przekomarzania i wspólne opowiadania do nich z pewnością należą.
Poczytaj mi synku, 2/2010
Justyna Sobolewska
(...) Kolorowe plansze przedstawiają rysunki ulic, placów, domów, w których tętni życie. Szukamy sobie bohaterów, za którymi podążamy potem na kolejnych obrazkach. My wybraliśmy Zygmunta Kosmicznego, zielonego ufoludka i jak się okazało - mieliśmy rację. Nie zdradzimy dlaczego. Dość, że chodzi o zagadkę kryminalną. Tę książkę opowiadał mi Maciek, wędrując palcem po ulicach. Wyszła z tego świetna historia.
bazyl3.blogspot.com, 4/2010
Książka jest rewelacyjna! (...) Bartek (4 lata) nie wypuszczał wczoraj książeczki z ręki, a dziś zaniósł ją do przedszkola, by pobawić się przy niej z kolegami. Dodać należy, że pozycja ta godzi waśnie między starszym i młodszym rodzeństwem, bo z obrazków skorzystał też Szymek (niespełna dwulatek), który tropił zapamiętale Zygmunta Kosmicznego i kiedy go tylko znalazł, darł się: "O, ufok!!!". Wreszcie mogłem powiedzieć: "Kupiłem coś dla was obydwu.", a, uwierzcie mi, to naprawdę coś.
Powie ktoś, że kilkanaście nawet najkolorowszych stron, szybko się znudzi. Być może. Niemniej jednak jest to pozycja, do której w każdej chwili można wrócić i która świetnie ćwiczy skupienie i spostrzegawczość, bo w końcu nazwa miasteczka do czegoś zobowiązuje. A i ja, stary koń, miałem niezłą frajdę w odnajdywaniu i sprawdzaniu czy "mam oko", za co autorom, małżeństwu (gratulacje!) Mizielińskich z Hipopotam studio oraz wydawnictwu Dwie Siostry serdecznie dziękuję.
Bluszcz nr 19, 4/2010
Ewa Świerżewska
(...) Mały czytelnik, a raczej oglądacz, wraz z sympatycznymi stworzeniami, że wymienię tylko kilka z nich: Ignacym Masełko (chyba kret), Matyldą Sweterko (owca), Wincentym Pazurem (kot), rusza w miasto, by przyjrzeć się życiu nietuzinkowych mieszkańców, przeżyć z nimi przygody, rozwiązać zagadki, odnaleźć zaginione przedmioty.
Ulice, ścieżki, budynki i inne przestrzenie stworzone przez ilustratorów przykuwają wzrok, wciągają, nie pozwalają się oderwać, dopóki każdy centymetr kwadratowy nie zostanie dokładnie przeanalizowany. Spostrzegawczość to tylko jedna z cech, które książka ta rozwija - ćwiczy cierpliwość, systematyczność, a przede wszystkim mocno działa na wyobraźnię. Gwarantuję, że do Mamoko z przyjemnością zajrzą nie tylko dzieci.
Mamo to ja, 6/2010
Katarzyna Kubisiowska
Klasyka gatunku: picture book bez jednego słowa, z wyjątkiem imion kilku bohaterów. Każda z rozkładówek utrzymana w innej kolorystycznej tonacji, z których za pośrednictwem obrazu wyłania się historia sensacyjno-obyczajowa (...) Akcja toczy się w scenerii miasteczka Mamoko, pokazanego w stylowym detalu, naturalnie prowokującego do tropienia postaci i szukania związków między zdarzeniami. Kapitalnie wymyślona książka, która puszcza w ruch wyobraźnię, ćwicząc przy tym koncentrację.
Magazyn Familia, 6/2010
Anna Biernacka
Tej oryginalnej i arcyciekawej książeczki nie można pominąć. Nie ma tu... tekstu, tylko duże i bardzo szczegółowe ilustracje. To właśnie one są najważniejsze. Młody czytelnik wybiera sobie bohaterów i tropi ich na kolejnych stronach, by się przekonać, co im się przydarzyło. (...) Kolorowe Mamoko tętni życiem, a każda strona książki przynosi niespodzianki.
Ryms.pl
Ewa Skibińska
Do obejrzenia tej książki zachęca soczyście zielona jak listki na wiosnę okładka. Widnieją na niej mieszkańcy miasteczka Mamoko, a są nimi zwierzątka o bardzo charakterystycznych nazwiskach i niebanalnych imionach. Jest więc: pan zebra Aleksander Pasek, świnka Zofia Ryjek, lew Hipolit Grzywa, kot Wincenty Pazur, papuga Ada Wygadana i inni. Jest też tajemniczy Zygmunt Kosmiczny oraz Szymon Detektyw. W środku na kolorowych stronach można śledzić losy każdego z bohaterów na pełnej szczegółów mapce "wesołego miasteczka". Mojego synka mocno zaintrygowały jabłka, które odkrywał w rozmaitych dziwnych miejscach. Kto je zgubił, kogo tropił Szymon Detektyw, komu wręczają prezent Arkadiusz Trąbka i Kacper Szczek - poszukiwanie odpowiedzi sprawi Waszym dzieciom niemałą frajdę:) (...)
smalltalk.blog.pl, 4/2010
(...) rzecz ma wysoce fabularny charakter. Postaci przeżywają tu swoje dramaty, ich losy splatają się w sieć zależności i powiązań. Można się zanurzyć w życie miasta, w jego uroki, zawiłe alejki i ulice. Można odkryć za każdym otwarciem tych bogatych ilustracji nowe wątki, choćbyśmy poprzednio zamykali książkę z pewnością, że nie ma w niej już wiele do "wyczytania". Nic bardziej mylnego.
Twoja Księgarnia 1/2010
Joanna Olech
(...) Mamoko (w domyśle = mam oko, jestem spostrzegawczy) to książka dużego formatu, o grubych, tekturowych stronach, całkowicie pozbawiona tekstu. Na okładce zobaczymy kilkanaście zwierzątek - mieszkańców miasteczka. Tworzą oni śmieszną, wielogatunkową społeczność. Jest więc tu świnka Zofia Ryjek, żółw Gerwazy Skorupko, zajęcza rodzina Hyców, małpiszon Stanisław Szczęściarz, a nawet ufoludek - Zygmunt Kosmiczny i wielu innych. (...) Jakkolwiek rysunki są proste, dziesiątki drobnych szczegółów sprawiają, że książkę można studiować bez końca, po wielekroć. (...) Nie sposób objąć dużej kartonowej strony jednym rzutem oka, trzeba uważnie "śledzić" kolejnych bohaterów, żeby dostrzec przygody, jakie im się przytrafią i sposób, w jaki skrzyżują się ich drogi. (...)
Jest to zatem pyszna książka dla "śledczych" w każdym wieku. Czy to dorosły, czy dziecko, mogą się ścigać w odnajdywaniu bohaterów i odczytywaniu intrygi - nie ma tu przegranych. Książka ma i tę zaletę, że łatwo ją przeszczepić na cudzoziemskie rynki, co (jak wierzę) niechybnie się wydarzy (...)


Rzeczpospolita, 3/2010
Monika Janusz-Lorkowska
"Od 1 do 10" to świetne ilustracje i przezabawne zwierzakowo-cyfrowe wierszyki młodej absolwentki ASP Oli Cieślak. Przy jej pomocy dzieciaki z pewnością szybko i z przyjemnością nauczą się liczyć do dziesięciu. (...)
Każdej cyfrze poświęcono dwie sztywne stronice starannie wydanej książeczki. Każdej przypisana jest odpowiednia ilość zwierząt, bo przecież od 1 do 10 można liczyć nie tylko na palcach, ale i na pumach, czy na sowach. Przy okazji dowiadujemy się czegoś o zwyczajach zwierząt - "osiem sów bez zbędnych słów robi gimnastykę głów". Na przykład.
A prócz nauczyciela matematyki, to pewnie i logopeda jeszcze by tę książeczkę maluchom polecił.
eDziecko.pl, 4/2010
Ewa Świerżewska
W swojej autorskiej książce Ola Cieślak wprowadza najmłodszych w magiczny świat cyfr. Robi to z wdziękiem i humorem - zarówno w sferze tekstu, jak i ilustracji. Dwuwersowe wierszyki pomagają zapamiętać wygląd i brzmienie cyferek. Zwierzęcy bohaterowie ilustracji są zabawni, zadziorni, weseli, jakby dobrze się bawili, słuchając rymów na swój temat.


Bliżej Przedszkola, 11/2009
(...) Najlepiej znanym polskim wierszem o alfabecie jest z pewnością ten Tuwimowski, o abecadle, które doznało ciężkich obrażeń w wyniku upadku z pieca. Mało kto wie jednak, że dobry znajomy Tuwima Janusz Minkiewicz (obaj panowie wspólnie sprowadzili do Polski pierwsze limeryki) również jest autorem wiersza abecadłowego, który dowcipem i warsztatową sprawnością wcale nie ustępuje tamtemu, a ma nad nim tę przewagę, że uwzględnia wszystkie litery polskiego alfabetu (z wyjątkiem tych z "ogonkami"). Każda z nich jest tu skojarzona z jakąś wyrazistą postacią, czynnością lub sytuacją, która ułatwia zapamiętanie jej kształtu. Rytmiczny wiersz o perypetiach literek wpada w ucho i zapada w pamięć, w czym w omawianej książeczce wybitnie pomagają mu pomysłowe ilustracje, stanowiące z tekstem integralną całość. Dziecko, które choć raz zobaczy tego sprzedawcę wygiętego w S albo to T grające w tenisa, już nigdy nie zapomni kształtu tych liter!
Rysunki Bohdana Wróblewskiego są pełne humoru i szlachetnej prostoty, a lata, które minęły od czasu ich powstania, wcale ich nie postarzyły ? dodały im za to uroku stylowej staromodności. Za sprawą tych ilustracji Od A do Z nie tylko uczy alfabetu, ale także rozwija wyobraźnię wizualną dziecka: rozpoznawanie liter wpisanych w rysunki może być znakomitym punktem wyjścia do zabawy w wyszukiwanie kształtów liter w najbliższym otoczeniu. Spróbujcie - jeśli dobrze popatrzeć, litery są wszędzie!
Na starych wydaniach Od A do Z ciążyły wszystkie wady PRL-owskiej poligrafii. Dopiero dziś, w nowym wydaniu Dwóch Sióstr, książeczka rozbłysła pełnym blaskiem. Brudne, blade i ubogie dawniej kolory ożyły i nabrały intensywności, a ich paleta została mocno poszerzona. Szary papier zastąpiła lśniąca i trwała tektura, dostajemy więc do ręki solidny i przyjemny w dotyku produkt odporny na uszkodzenia, o które przecież tak łatwo w trakcie dziecięcej lektury. Wydawca zadbał również o bezpieczeństwo maluchów - tekturowe strony mają zaokrąglone rogi. Pozostaje więc zaprosić dzieci (i rodziców) do lektury - i życzyć im wielu przygód w niesamowitym świecie liter.
Mamo to ja, 1/2010
Katarzyna Kubisiowska
(...) Wdzięczna jestem Wydawnictwu Dwie Siostry, że moje dzieci mogą poznać literki z książeczki, z której - będąc sama małą dziewczynką - uczyłam się alfabetu. Tzn. bawiłam się, ucząc, bo to przecież jedyna rozsądna droga dla pierwszej, gruntownej edukacji. Pozycja obowiązkowa w każdej dziecięcej biblioteczce.


Gazeta.pl, forum
Internautka
Jestem dopiero co po lekturze :-) Fajna i zabawna; ach ten absurdalny humor i wspaniałe, "niedzisiejsze" ilustracje Mirosława Pokory, przywołujące na myśl polskie lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte:-))) A cała rzecz wdzięcznie opowiada o pewnej niesfornej, acz wytwornej żyrafie, miłośniczce szkła i porcelanowych filiżanek, która przyjeżdża do stolicy, by "się przewietrzyć";-) I, oczywiście, swoim przyjazdem postawi na głowie cały dom swojego gospodarza! Dodam też, że, jak to kobieta, żyrafa dba o linię ("najchętniej jadam potrawy o kształcie podłużnym"), choć nie wzbrania się i przed "rurą z kremem" ;-) Polecam, miłego czytania :-)


Co tam czytam, blog
Agnieszka Wolny-Hamkało
Atrakcyjni bohaterowie z drugiej ręki
Dziecko jest surowym czytelnikiem - wyczulonym na wszelką blagę, wyłapującym fałsz i infantylizm. To czytelnik, który szybko znudzi się kiepską bajką i natychmiast to zamanifestuje. Przestój i dłużyzna w książce dla dzieci mogą pozbawić pisarza czytelników.
Doskonale wie o tym Tina Oziewicz, autorka tomu kapitalnych opowiadań dla dzieci "O wiadukcie kolejowym, który chciał zostać mostem nad rzeką i inne bajki". To świetnie zilustrowane przez Bognę Pniewską historie - poprowadzone stosownym rytmem, niedługie - w sam raz, żeby utrzymać uwagę dziecka. Każda z nich wywołuje emocje i losy bohaterów naprawdę czytelnika obchodzą. Mimo tego, że postacie, które wybiera Oziewicz, nie są szczególnie cenione jako potencjalni bohaterowie opowieści: to stary prysznic, makaron-muszelka, plastykowa łyżeczka, ziarnko piasku, czy starty wiadukt. Śmietnisko: bohaterowie z drugiej ręki. Nawet występujące tu zwierzęta są pospolite i mało malownicze: żaba, mucha, sójka.
Nadawanie znamion niezwykłości rzeczom zwykłym, dostrzeganie piękna tam, gdzie spodziewamy się jego najmniej - to cenne umiejętności Tiny Oziewicz.
Wiadomo, że dzieci najchętniej bawią się guzikami, patykami, kamieniami. Robiły tak nie tylko maluchy wychowane w PRL-u, kiedy kolorowego plastiku było mniej. Proste, otaczające nas przedmioty stymulują wyobraźnię. Jedna szyszka może mieć tysiąc imion, zastosowań, właściwości. Szkiełko to smocza łuska, kamień - meteoryt.
Oziewicz jest filozofem i w subtelny sposób wywraca rzeczywistość do góry nogami, zmuszając nas do przejścia na inne tory myślenia. Rozjątrza wyobraźnię pytając, co by było gdyby? - prysznic chciał zostać wężem, ziarnko piasku szukało mamy, liść chciał się urwać i wieść życie trampa?
Dużo w tych opowiadaniach ciepła i tolerancji. Kiedy ekskluzywna łyżeczka Lufthansy spotyka pospolitą plastikową na plaży - dziewczyny przyglądają się sobie z życzliwą ciekawością. Żadna nie zadziera nosa i nie daje odczuć tej drugiej, że jest inna. Zaprzyjaźniają się i wspólnie ruszają w świat.
Te opowiadania mówią, że piękno jest subiektywne i każdy może odnaleźć tożsamość, zaakceptować siebie. Nawet introwertyczny outsider muchomor. Oziewicz dodaje otuchy pięknie mówiąc o marzeniach, które się spełniają, czasem nie dokładnie tak, jak sobie tego życzyliśmy, ale jednak!
Jest cierpienie i smutek w tych bajkach, tak jak w świecie rzeczywistym. Zaloty tytułowego wiaduktu zostają bezwzględnie odrzucone. Bez owijania w bawełnę: - Jesteś szary i brudny. Wystraszysz mi wszystkie ryby. Odejdź stąd. Nie chcę takiego mostu - mówi rzeka. Liść starzeje się i martwi, że umrze przyczepiony na zawsze do gałęzi, nie oglądając wielkiego świata. Ale w końcu wszystko kończy się dobrze, przy czym "dobrze" nie oznacza plastikowego happy endu. Dobrze, czyli tak, by była harmonia, całość, żeby się dopełniły rytuały natury i spełniła miłość. Suchy liść wreszcie uda się na włóczęgę, z której nigdy nie wróci. "Bo z liśćmi jest inaczej niż z ludźmi. Kiedy są młode i zielone, są za ciężkie, by uniósł je wiatr. Dopiero na starość robią się leciutkie i gotowe do podróży. Z ludźmi jest na odwrót".


Polityka, 5/2009
Agnieszka Wolny-Hamkało
Pan Maluśkiewicz - któż z nas nie zna tego ekscentrycznego jegomościa! Przecież to on w przeszłości zasilał naszą dziecięcą wyobraźnię. Tuwim napisał go w 1939 roku, Butenko zilustrował w 1956. Do dzisiaj to jedna z najpiękniejszych polskich książek "dla dzieci". Starzeje się jak dobre wino. Wzrusza i rozśmiesza bohatera maluśkość i tyciutkowatość: "Bo wszystko było malusie, / Tyciuchne, tyciutynieczkie, / Bo przecież sam Maluśkiewicz / Był tyciuteńkim człowieczkiem". Cieszy wznowienie książki w oryginalnej wersji także dlatego, że w naszej wyobraźni Pan Maluśkiewicz zawsze przyjmował będzie fizjonomię nadaną mu przez Bohdana Butenkę. Bohater już zawsze będzie ociosywał zawzięcie butenkową żółtą gigantyczną zapałkę. A jego wymarzony wieloryb już zawsze będzie niebieski. Wciąż rozczula i śmieszy nie tylko giętki język Tuwima, ale też sam piękny pomysł opartego na prostej antynomii spotkania Najmniejszego z Największym. Cieszę się na tę książkę jak dziecko.


teleranek.tvp.pl
Dorota Koman
Kończąc czytać tę książkę, czujemy się głupio, że jesteśmy... ludźmi. Bowiem my - ludzie bardzo kiepsko wypadamy w oczach Pelikana - tytułowego bohatera powieści Leeny Krohn. Pelikana, który marzył, by stać się człowiekiem. Który nauczył się chodzić w eleganckich garniturach (i wtedy dorośli widzieli w nim człowieka, dostrzegając tylko to, co powierzchowne, pozorne), nauczył się mówić wyszukanym językiem, słuchać muzyki, czytać, a nawet... płakać. Pelikana, który tak bardzo chciał stać się człowiekiem, że opuścił swoją rodznę i przeniósł się do miasta... w którym był równie samotny, jak główny bohater książki - Emil.
Czy tylko samotność i poczucie obcości połączyły Emila z Pelikanem? Marzenia Pelikana bardzo szybko ustąpiły miejsca zdziwieniu, rozczarowaniu, a w końcu (po przeczytaniu gazety!) przerażeniu, ile złego może zrobić człowiek. Oczywiście są również ludzie dobrzy i wrażliwi - tacy jak Emil. Ale to ich właśnie szczególnie dotykają bolesne strony życia. Leene Krohn bez ogródek opisuje cierpienie chłopca, który - po rozwodzie rodziców i przeprowadzce do obcego miasta - musi nauczyć się żyć na nowo. Który spojrzy z innej, już znacznie bardziej dojrzałej perspektywy na swoją mamę - zmęczoną, zapracowaną, zniechęconą. Który będzie musiał pojąć, że jego stary dom zmienił się raz na zawsze. To piękna książka o dorastaniu do problemów. I o wartości przyjaźni (nie zawsze łatwej...). Ale to również książka o nadziei, bowiem na szczęście dzieci potrafią widzieć w Pelikanie pelikana i odróżniać, gdzie jest dobro, gdzie zło. To książka o tym, jak bardzo ważne jest, by BYĆ DOBRYM.
Pięknie napisana - bardzo poetycka (i nie mówię tylko o piosenkach, które pisze Pelikan, ale o języku opowieści), a jednocześnie skrząca się dowcipem (czasem wręcz czarnym humorem), przeplatana śmiesznymi scenkami - czyta się znakomicie. I równie świetnie wygląda, zilustrowna przez Manuela Blązquez. To znakomita lektura do powolnego delektowania się w czasie nadchodzących wakacji - więc czy macie lat 10, czy 15 (czy więcej, ale została w Was "Emilowa" wrażliwość) - zapakujcie ją do plecaka. A obiecuję, że po przeczytaniu jej przyjrzycie się na nowo nie tylko ptakom, ale i ludziom wokół Was.
Portal Katedra - Literatura, 5/2009
http://www.katedra.nast.pl
Tymoteusz "Shadowmage" Wronka
"Pelikan" jest opowieścią prostą i z pozoru niewyszukaną, ale przyglądając mu się bliżej, można dostrzec dużą mądrość. Nie sądzę, by młody czytelnik wyłapał ją za pierwszym razem (być może jednak nie doceniam dzieci), ale niewykluczone, że opowieść Krohn zostanie w nim gdzieś głęboko i po pewnym czasie wyda owoce. W każdym razie na pewno jest to idealna książka do akcji "Cała Polska czyta dzieciom". Pozycja, przy której zarówno dzieci, jak i dorośli będą się dobrze bawić - choć z różnych powodów.
Ryms - 04/2009
Maria Borzęcka
Niełatwo odpowiedzieć na pytanie, o czym jest książka fińskiej autorki Leeny Krohn "Pelikan", która ukazała się w wydawnictwie Dwie Siostry w 2008 roku. To opowieść: o mieście, o przyjaźni, o smutku egzystencjalnym, o dojrzewaniu, o samotności, o obcości, o człowieku z ptasiej perspektywy. Można by wyliczyć jeszcze wiele wątków i każda odpowiedź byłaby prawdziwa.(...)
Opowieść Leeny Krohn można postawić gdzieś w szeregu książek zwanych klasyką, takich jak "Mały Książę" czy "Momo" Michaela Ende, które nie tylko mają interesującą fabułę, ale też z powagą traktują tematy filozoficzno-egzystencjalne. I podobnie jak z tamtych utworów, również z Pelikana można cytować garściami myśli, które mają tendencję do usamodzielniania się (...)
To książka oryginalna i mądra. Wielopłaszczyznowość narracji, splot wątków i refleksji dodaje Pelikanowi tajemniczości i głębi.


Przekrój, 5/2009
Marcin Sendecki
"Robale, czyli co nas zżera" Nicoli Davies to kurs parazytologii (nauki o pasożytach) dla najmłodszych. Książeczka jest dowcipna, sugestywnie ilustrowana i - co zaświadcza uczony konsultant - przynosi rzetelną wiedzę o wszach, wszołach, glistach i innych przyjemniaczkach oraz o biologicznych mechanizmach z pasożytnictwem związanych.

Polityka, 18 marca 2009
Agnieszka Wolny-Hamkało
Co nas zżera? Zazdrość - mógłby ktoś powiedzieć. Ale najbardziej dosłownie - zżerają nas robale. I to jeszcze za życia. Żeby się o tym przekonać, wystarczy wziąć do rąk nową książkę Nicoli Davies. Jej pierwsza rzecz, "Kupa", wywołała w Polsce dyskusję na temat kondycji książki dziecięcej.
Ten nietypowy przewodnik zyskał w niektórych kręgach status książki kultowej. Szanse na zdobycie nie mniejszej rzeszy wyznawców mają także "Robale", fascynujący przegląd pasożytów dnia codziennego. (...) Podobnie jak "Kupa" - "Robale" są książką dowcipną, w przystępny sposób sprzedającą cenną wiedzę o naszych najbliższych sąsiadach. Zabawne rysunki Neala Laytona i dialogi w dymkach wypogadzają ten pozornie tylko ponury mikrokosmos. - Martwy naskórek i łój! Delicje! - zachwyca się roztocz żyjący na ludzkich włosach. Chociaż zapewne myśl, że jesteśmy jadalni, nie jest specjalnie przyjemna, to może teraz zaczniemy się w tej nowej sytuacji jakoś rozsądniej odnajdywać. Choćby na poziomie języka - zastanowimy się następnym razem, miotając epitetami: ty gnido, pijawko, ty wszawa miernoto! Obiadowi nie wypada aż tak się unosić.
1 2
|
|