Dodano do koszyka

 

ZALOGUJ SIĘ





Nie masz jeszcze konta?

Aby robić u nas zakupy, musisz się zarejestrować i założyć konto klienta.


Załóż konto »

 

ISBN 978-83-608-5041-1
cena detaliczna: 28 zł
15 x 18,50 cm
oprawa twarda
184 str.
kategoria wiekowa 6+
chwilowo brak
28 zł   25 zł

Zwierzyniec państwa Sztenglów

ilustracje: Jerzy Flisak
tłumaczenie: Tadeusz Polanowski

Seria: Mistrzowie Ilustracji

Nagle ktoś zapukał do drzwi wejściowych.

Na klatce schodowej stał jakiś pan, a obok niego słoniątko. Był to mały, bardzo młody słonik. Miał pomarszczoną mordkę i mądre, nieco smutne oczy.

– Ten słoń to prezent na twoje urodziny, Witku – powiedział nieznajomy. – Nazywa się Bravo i nie zrobi w mieszkaniu żadnego nieporządku.


Napisana z absurdalnym poczuciem humoru opowieść o pechowej rodzinie Sztenglów, która wyrusza Gdzie Pieprz Rośnie – do miasteczka, gdzie każdy może robić, co mu się żywnie podoba. Towarzyszy im gromadka zwierząt, która z każdym dniem staje się coraz większa i przysparza właścicielom kolejnych kłopotów.


Witek, Ania i słoń

Kiedy nadeszły ósme urodziny Witka, wydarzyły się bardzo dziwne rzeczy. Ania, siostra Witka, zauważyła to już rano.
— Wszystkiego najlepszego, Witek. A swoją drogą, to bardzo zabawne, że świeczki na twoim torcie urodzinowym są elektryczne.
Witek okrążył stół z godnością.
— Elektryczne świeczki urodzinowe to ostatni krzyk mody — odparł. — Ze zwykłych stearyna kapie na tort i psuje lukier.
To powiedziawszy, Witek potknął się o sznur, który łączył tort z kontaktem, i w całym domu zrobiło się krótkie spięcie.
Pani Sztenglowa poszła zaraz z usprawiedliwieniami do sąsiadów, a pan Sztengel — do elektryka po korki. Podczas gdy lokatorzy nie mogli się doczekać, kiedy odezwą się znowu ich nagle oniemiałe radia, Witek i Ania zabrali się do tortu.
Nagle ktoś zapukał do drzwi wejściowych.
Na klatce schodowej stał jakiś pan, a obok niego słoniątko. Był to mały, bardzo młody słonik. Miał pomarszczoną mordkę i mądre, nieco smutne oczy.
— Ten słoń to prezent na twoje urodziny, Witku — powiedział nieznajomy. — Nazywa się Bravo i nie zrobi w mieszkaniu żadnego nieporządku.
Słonik wyciągnął trąbę i podał Witkowi nieco przywiędły bukiet.
— Nie gniewaj się — zwrócił się ten pan do Witka — kwiaty są, zdaje się, starsze od słoniątka.
Witek bynajmniej się nie gniewał, Ania również nie miała pretensji. Rodzeństwo z zachwytem wprowadziło słonika do przedpokoju. Nieznajomy zaś, który go przyprowadził, powiedział:
— Ja niestety muszę was pożegnać, za godzinę mam pociąg.
— Szczęśliwej podróży! — zawołały dzieci i z całej siły potrząsnęły ręką tego pana. Nie znały go i nie miały pojęcia, dokąd musi jechać, ale szczerze życzyły mu szczęśliwej podróży.
— Szkoda, że nie chce pan nawet skosztować Witkowego tortu — powiedziała Ania, kiedy nieznajomy schodził po schodach.
Zanim wrócili rodzice, Bravo pożarł kilogram cukru w kostkach, trzy pełne talerze włoskiego makaronu i oleander mamy. Poza tym wyrzucił trąbą przez okno Aniną szczotkę do włosów i taty niklową łyżkę do butów. A teraz leżał sobie na łóżku Witka i mrugał prawym okiem.
— Prawda, że rozkoszny? — spytała Ania rodziców.
— Wielkie nieba! — westchnęli oboje i byli całkiem bezradni.
Przy obiedzie — sztukowanym chlebem, bo słoniątko pożarło prawie cały makaron — ojciec oznajmił:
— Encyklopedia podaje, że dorosłe słonie ważą cztery tysiące kilogramów, a ich kły dochodzą do dwóch metrów długości.
— E tam! — machnął ręką Witek. — Czego to nie wypisują w encyklopediach!
— Obawiam się — powiedziała matka, wyraźnie zatros-kana — że pewnego dnia zawali się podłoga i razem ze słoniem i całym umeblowaniem spadniemy o piętro niżej, do pani Swobodziny.
Pani Swobodzina mieszkała na pierwszym piętrze, pod nimi. Dawała zawsze dzieciom puste szpulki i buteleczki po lekarstwach oraz widokówki. Dzieci lubiły ją i nazywały ciocią Miecią.
— A może ciocia Miecia zamieni się z nami mieszkaniem? — zaproponowała Ania. Była zachwycona tym pomysłem.
— Jeśli zawali się pod nami pierwsze piętro, wpadniemy do pracowni krawieckiej pana Iglickiego — stwierdziła mama rzeczowo.
Ojciec sięgnął po gazetę, mrucząc:
— To bezczelność przemycać komuś słonia do domu. Wolę już kanarki i białe myszki.
Przeglądał gazetę, czytając drukowane tłustą czcionką tytuły. Nagle podskoczył w fotelu i zawołał:
— Dzieci, piszą tutaj, że z cyrku skradziono młodego słonia! Idźcie z nim natychmiast do dyrekcji. Jesteśmy porządną rodziną i nie będziemy przechowywać kradzionych rzeczy. Kradzione nie tuczy!
— Na pewno dostaniecie jakąś nagrodę — zauważyła mama.
— Nie chcemy żadnej nagrody — odpowiedział Witek z urazą.
— Ani grosza — potwierdziła Ania.
Oboje przyznali jednak, że muszą odprowadzić słonia do cyrku. Mieli wprawdzie cichą nadzieję, że cyrk wyjechał już gdzieś daleko, na przykład do Australii. A do Australii — każdy przyzna — nie mogliby za nim podążyć.
Pocieszeni tą myślą zaprowadzili słonika do łazienki. Wypucowali go tam pod prysznicem i wysuszyli sześcioma ręcznikami. W końcu obwiązali mu szyję sznurem do bielizny i powoli sprowadzili po schodach.
Ciocia Miecia czyściła właśnie miedzianą klamkę swoich drzwi frontowych.
— Jak ci się podoba nasze słoniątko, ciociu? — zagadnął Witek.
— Urocze — powiedziała pani Swobodzina. — Całkiem jak żywe!
— Ależ ono jest żywe! — oburzyła się Ania.
Pani Swobodzina wzięła to za dobry żart.
— Cha, cha, cha, cha — zaśmiała się. — Dlaczego więc nie trąbi?
Słoniątko spojrzało na nią dobrodusznie i niechcący nadepnęło jej na duży palec u nogi. Witek i Ania nie zauważyli tego.
Usłyszeli tylko przeraźliwy wrzask.
— Właśnie trąbi, ciociu! — zawołała Ania.
— Pomyłka — sprostowała pani Swobodzina. — To ja!
I choć była to kobieta gołębiego serca, trzepnęła słonika ścierką po uszach.
— Witek, na nas już czas — powiedziała Ania. Ze złości na panią Swobodzinę aż jej się oczy zwęziły.
Pani Swobodzina obrzuciła dzieci i słoniątko zdumionym spojrzeniem. Wszystko pięknie, pomyślała, ale ci Sztenglowie naprawdę mnie martwią. Ta rodzina bywa niekiedy dość dziwna!


Cętkowana tancerka z cyrku

Cyrk nie wyjechał do Australii. Jego namiot stał nadal na skraju miasta, a dyrektor cyrku stał przed wejściem do namiotu i palił fajkę.
— Dzień dobry, panie dyrektorze — powiedziała Ania. A Witek powiedział to samo, ale bardzo cichutko.
— O, świetnie, świetnie! — zawołał dyrektor z radością. — Przyprowadzacie słoniątko, które skradziono mi przed trzema dniami.
— Tak — Witek przełknął ślinę. — Jakiś pan dał mi je w prezencie na urodziny, a był to najładniejszy z wszystkich prezentów, jakie kiedykolwiek dostałem, panie dyrektorze. Niestety, kradzione nie tuczy, jak mawia nasz ojciec.
Ania ze smutkiem podrapała słonika po trąbie. Omal się nie rozpłakała. Powiedziała jednak z przekonaniem:
— Jesteśmy porządną rodziną i nie chcemy nawet nagrody.
Dyrektor pyknął trzy razy z fajki i roześmiał się.
— Pięknie, pięknie, nie mówmy więc o nagrodzie. Musicie za to przyjąć ode mnie mały upominek. Musicie, inaczej będę obrażony.
Dzieci myślały, że dyrektor chce je obdarować torebką cukierków albo zielonym lampionem, albo kredkami czy starą podkową. Taki prezent mogłyby przyjąć bez ujmy dla swego dobrego imienia.
Poszły więc za dyrektorem, który poprowadził słoniątko na sznurze koło namiotu, a potem uliczką pomiędzy pstro pomalowanymi wozami cyrkowymi. Słoniątko czuło się tu jak w domu. Aż zatrąbiło z radości. Witkowi i Ani wydało się to trochę niestosowne. Powinno mu być przecież choć trochę przykro, że nie należy już do rodziny Sztenglów.
Dyrektor cyrku znikł w głębi wyjątkowo dużego wozu mieszkalnego, a kiedy się stamtąd wynurzył, z jego szyi zwisał żółto cętkowany wąż.
— Oto Zuzia — powiedział. Zdjął węża ze swego karku i uroczyście zawiesił go na szyi Witka. — To właśnie ten upominek — mówił — i bądźcie dobrzy dla mojej Zuzi. Pracowała u mnie dziesięć lat. Teraz, niestety, trochę niedosłyszy, a na jesieni dokucza jej niekiedy katar.
Ania przechyliła głowę i zapytała:
— Pracowała u pana? Czy umie na przykład mleć kawę?
Dyrektor, zapatrzony w jakąś chmurkę, wyjaśnił:
— Zuzia była muzykalna i kiedy słyszała jakąś melodyjkę, wypełzała ze swego koszyka i tańczyła. O, publiczność wpadała zawsze w zachwyt!
Wtem rozległ się ryk lwa i dyrektor zaniepokoił się. Odwrócił się na pięcie i ruszył kłusem wraz ze słoniątkiem.
— Ładny mi upominek — powiedziała Ania, patrząc na węża, który dwiema pętlami zwisał Witkowi z szyi aż po brzuch.
— Nie bądź niewdzięczna — odparł Witek i zadzwonił zębami, ponieważ wąż był okropnie zimny.
— Żeby tylko nie był jadowity — zaniepokoiła się Ania.
Dzieci ruszyły w drogę powrotną. Wszyscy przechodnie patrzyli na węża i omijali rodzeństwo z daleka, a jakiś wielki, czarny pies tak się przeraził, że wczołgał się pod stojącą ciężarówkę. Była to rzeczywiście droga pełna emocji.
Aby rodzice również się nie przerazili, dzieci zostawiły Zuzię w przedpokoju, zawiesiwszy ją na stojaku z parasolami. Zwinęła się zaraz w kłębuszek dokoła szarego parasola mamy i zapadła w drzemkę.
Państwo Sztenglowie siedzieli w kuchni i wpatrywali się czule w pudełko od butów.
— Spójrzcie tutaj! — zawołał ojciec bardzo zadowolony. — Zamiast słonia kupiliśmy Witkowi białą myszkę.
— Ale my już mamy coś zamiast — powiedział Witek.
— Tak — wyjaśniła Ania — głuchawą tancerkę w cętki. Nazywa się Zuzia i wisi sobie na stojaku z parasolami.
Kiedy rodzice zobaczyli tę cętkowaną tancerkę, zawoła-li: — Wielkie nieba! — I znowu byli bezradni.
Wkrótce potem zapukała do drzwi pani Swobodzina, przynosząc dzieciom dziesięć pustych buteleczek, trzy przepalone żarówki i czerwoną temperówkę. Buteleczki i żarówki rozprysły się od razu na tysiąc kawałków, ponieważ pani Swobodzina na widok węża upuściła całe pudełko.
— Czy wąż jest tak samo prawdziwy jak tamten słoń? — zapytała drżącym głosem.
— Tak — stwierdził Witek. Ania zaś dodała pogodnie:
— Mamy także białą myszkę!
— Myszka długo nie pożyje — powiedziała pani Swobodzina. — Widziałam w kinie, jak wąż połykał myszy.
— Nasz wąż będzie się żywił makaronem — odparł Witek. — Nie jest to zwyczajny wąż. Nazywa się Zuzia i pochodzi z cyrku.
— Zresztą Zuzia zamieszka w łazience, a myszka w kuchni! — rozstrzygnęła szybko Ania.
— Żeby tylko nie dowiedzieli się o tym inni lokatorzy — powiedziała pani Swobodzina. — W naszym domu niedozwolone jest hodowanie węży.
Ale lokatorzy już się zwiedzieli. Zebrali się pod drzwiami Sztenglów i krzyczeli:
— Zabierajcie się stąd z tym wężem! Wynoście się Gdzie Pieprz Rośnie! Tam każdy może robić, co mu się podoba. — I, rozgniewani, bębnili w drzwi warząchwiami i pogrzebaczami.
— Świetnie! — zawołał Witek. — Wynośmy się Gdzie Pieprz Rośnie! Tylko gdzie to jest?
— Dobrze — zgodził się ojciec. — Przeniesiemy się w najbliższą środę. Tam Gdzie Pieprz Rośnie jest ponoć bardzo wesoło.
Po czym wyciągnął z biblioteki gruby atlas i szukał miejscowości Gdzie Pieprz Rośnie.
— Dokładnie w połowie drogi między biegunem północnym i południowym — powiedział. — Autobusem zajedziemy tam raz-dwa.
— Pawiowo! — triumfowali Witek i Ania i ściskali się z uciechy.
Tylko mama westchnęła i powiedziała:
— A wszystko przez jakąś cętkowaną tancerkę z cyrku.

(1923–1997)

Austriacka pisarka i poetka, autorka kilkudziesięciu książek dla dzieci i młodzieży. Poczucie humoru, optymizm i barwna wyobraźnia to cechy, dzięki którym jej twórczość zaskarbia sobie sympatię kolejnych pokoleń młodych czytelników. Jest autorką wydanej przez Dwie Siostry książki Zwierzyniec państwa Sztenglów.

(1930–2008)

Wybitny plakacista, grafik, ilustrator, autor rysunków satyrycznych (m.in. popularnych cyklów „Krasnoludki są na świecie” i „Co robi nasz Bobik?”). Redaktor graficzny tygodnika „Szpilki”. Publikował w licznych gazetach i czasopismach, ilustrował książki dla dzieci i dorosłych. Za swoją twórczość plastyczną otrzymał wiele prestiżowych nagród. Zilustrował wydane przez Dwie Siostry książki Zwierzyniec państwa Sztenglów, Ostatnia przygoda detektywa Noska, Detektyw Nosek i porywacze oraz
Jak detektyw Nosek zadziwił Lipli Nowe.

nakład wyczerpany
nakład wyczerpany
26,00 zł   18,00 zł
dodaj do koszyka
35,00 zł   31,50 zł
dodaj do koszyka