Dodano do koszyka

 

ZALOGUJ SIĘ





Nie masz jeszcze konta?

Aby robić u nas zakupy, musisz się zarejestrować i założyć konto klienta.


Załóż konto »

 

ISBN 978-83-608-5072-5
cena detaliczna: 39,90 zł
14 x 20,50 cm
oprawa miękka ze skrzydełkami
400 str.
kategoria wiekowa 18+
nakład wyczerpany

Uciekinierka

tekst: Alice Munro
tłumaczenie: Alicja Skarbińska-Zielińska

Seria: Własny Pokój
„Uciekinierka” to osiem opowiadań o kobietach, które doświadczają nieprzewidywalności życia. W każdym z nich Alice Munro potwierdza swą wielką literacką klasę: z przenikliwością ukazuje podskórne napięcia kryjące się pod powierzchnią codzienności, ze znaczących drobiazgów komponuje przejmujący obraz złożoności relacji międzyludzkich, sprawia, że prawda o ludzkim życiu wyłania się z najdrobniejszych, najzwyklejszych chwil.

Jak głosi werdykt jury Międzynarodowej Nagrody Bookera, „Alice Munro potrafi zawrzeć w każdym ze swoich opowiadań taką głębię, mądrość i precyzję, jaką wielu pisarzy osiąga w powieściach w ciągu całego życia”. By przekonać się, że to prawda, wystarczy przeczytać tę książkę.

Alice Munro należy do grona największych współczesnych pisarzy języka angielskiego. Wśród autorów jej nazwisko wymawia się nabożnym tonem. Jest jednym z tych twórców, o których często mówi się, że – niezależnie od tego, jak bardzo są znani – zasługują na większą sławę.
Margaret Atwood

Skały, drzewa, woda, śnieg. Te rzeczy, w nieustannie zmieniającej się konfiguracji, tworzyły pół roku temu scenerię za oknem pociągu, pewnego ranka między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Skały były duże, czasem sterczące, czasem wygładzone, ciemnoszare albo całkiem czarne. Drzewa przeważnie wiecznie zielone, sosny, świerki albo cedry. Świerki – czarne świerki – miały coś, co wyglądało jak dodatkowe małe drzewka, ich własne miniatury na czubkach. Inne drzewa, te, które straciły liście, były patykowate i nagie – to mogły być topole albo amerykańskie modrzewie, albo olchy. Niektóre miały plamistą korę. Śnieg zalegał w grubych czapach na szczytach skał i przylepiał się do nawietrznej strony drzew. Przykrywał miękką gładką warstwą powierzchnię wielu dużych i małych zamarzniętych jezior. Woda nie zamarzła jedynie w nielicznych wartkich, ciemnych i wąskich strumieniach. Juliet trzymała na kolanach otwartą książkę, ale nie czytała. Nie odrywała oczu od tego, co działo się wokół. Siedziała sama na podwójnym siedzeniu, naprzeciwko pustego podwójnego siedzenia. W nocy w tym miejscu rozłożone było jej posłanie. Konduktor w wagonie sypialnym zajmował się teraz składaniem łóżek. Gdzieniegdzie ciemnozielone, zamykane na suwak zasłony nadal zwisały do ziemi. W powietrzu unosił się zapach tego materiału, podobnego do tkaniny namiotowej, i może lekka woń nocnej bielizny i toalet. Za każdym razem kiedy ktoś otwierał drzwi z któregoś końca wagonu, wpadał podmuch świeżego zimowego powietrza. Ostatni pasażerowie szli na śniadanie, pierwsi już wracali. Na śniegu widać było ślady, ślady małych zwierząt. Sznury koralików, pozakręcane, znikające. Juliet miała dwadzieścia jeden lat i tytuł licencjata oraz magistra nauk humanistycznych. Z filologii klasycznej. Pracowała nad doktoratem, ale przerwała pracę, aby uczyć łaciny w prywatnej szkole dla dziewcząt w Vancouver. Nie miała przygotowania pedagogicznego, lecz nagły brak nauczyciela w połowie semestru sprawił, że szkoła ją zatrudniła. Przypuszczalnie nikt inny nie odpowiedział na ogłoszenie. Pensja była niższa niż ta, którą otrzymałby wykwalifikowany nauczyciel, Juliet jednak z radością przyjęła jakikolwiek zarobek po latach życia ze skromnego stypendium. Była wysoką dziewczyną o jasnej cerze i drobnych kościach, z jasnobrązowymi włosami, które nawet spryskane lakierem nie utrzymywały natapirowanej fryzury. Wyglądała jak pilna uczennica. Wysoko uniesiona głowa, ładna, okrągła broda, szerokie usta o cienkich wargach, zadarty nos, jasne spojrzenie i czoło często poczerwieniałe z wysiłku lub wdzięczności za docenienie. Jej profesorowie byli nią zachwyceni – zadowoleni, że w dzisiejszych czasach ktoś chce studiować języki starożytne, zwłaszcza ktoś tak uzdolniony – choć jednocześnie się martwili. Problem polegał na tym, że była dziewczyną. Gdyby wyszła za mąż, co mogło się zdarzyć, była bowiem niebrzydka jak na stypendystkę, całkiem niebrzydka, cała jej praca i ich wysiłki poszłyby na marne, gdyby zaś nie wyszła za mąż, przypuszczalnie popadłaby w przygnębienie i osamotnienie, nie mając szans na awans w konkurencji z mężczyznami (którzy potrzebowali go bardziej ze względu na rodziny na utrzymaniu). I nie potrafiłaby bronić swego wyboru filologii klasycznej, akceptować tego, że ludzie uważaliby go za nieważny lub nudny, zignorować tego tak, jak zrobiłby to mężczyzna. Dziwne wybory były łatwiejsze dla mężczyzn, których większość i tak znalazłaby sobie żony. W drugą stron ę to nie działało. Kiedy ukazała się oferta pracy w szkole, profesorowie namawiali Juliet, aby ją przyjęła. Bardzo dobrze! Trzeba trochę wyjść na świat. Poznać prawdziwe życie. Juliet była przyzwyczajona do takich rad, choć rozczarowana tym, że słyszy je od tych ludzi, którzy raczej nie sprawiali wrażenia, że sami chętnie poznają prawdziwy świat. W miejscowości, w której się wychowała, jej rodzaj inteligencji był często zaliczany do tej samej kategorii co utykanie czy dodatkowy palec, a ludzie nader skwapliwie wyliczali jej wady – nie umiała szyć na maszynie, zrobić zgrabnej paczki czy w odpowiednim momencie zauważyć, że wystaje jej halka. Nie wiadomo było, co z niej wyrośnie. Tym martwili się nawet rodzice Juliet, którzy poza tym byli z niej dumni. Matka chciała, aby córka cieszyła się powodzeniem, i w tym celu namawiała ją do nauki jazdy na łyżwach i gry na pianinie. Juliet nie lubiła i nie umiała dobrze ani jednego, ani drugiego. Ojcu zależało, aby się nie wyróżniała. Nie możesz się wyróżniać, powtarzał, bo ludzie zrobią ci piekło na ziemi. (Ignorował fakt, że i on, i tym bardziej matka Juliet nie bardzo pasowali do otoczenia, a przecież nie byli nieszczęśliwi. Może wątpił, że Juliet będzie miała tyle szczęścia). Wcale się nie wyróżniam, stwierdziła Juliet, kiedy wyjechała na studia. Pasuję do wydziału filologii klasycznej. Wszystko jest w absolutnym porządku. Jednak to samo doradzali jej profesorowie, którzy ją cenili i lubili. Ich jowialność nie była w stanie zamaskować troski. Idś w świat, mówili. Jakby do tej pory przebywała w nicości. Ale w pociągu była szczęśliwa. „Tajga”, pomyślała. Nie wiedziała, czy to odpowiednie słowo dla tego, co widzi za oknem. Na jakimś poziomie świadomości utożsamiała się z młodą bohaterką rosyjskiej powieści, która jedzie w nieznane, przerażające i emocjonujące okolice, gdzie nocami wyją wilki i gdzie spotka swe przeznaczenie. Nie przeszkadzało jej to, że przeznaczenie – w rosyjskiej powieści – okaże się prawdopodobnie nudne lub tragiczne, albo jedno i drugie. Zresztą nie chodziło o osobiste przeznaczenie. Pociągały ją, nawet zachwycały obojętność, powtarzalność, beztroska i pogarda dla harmonii, widoczne na skomplikowanej powierzchni prekambryjskiej skorupy. Kątem oka zauważyła jakiś cień. Potem nogę w spodniach wchodzącą do przedziału.
– Czy to miejsce jest wolne?
Przecież było. Co miała powiedzieć? Pantofle z frędzlami, beżowe spodnie, marynarka w brązowobeżową kratkę z cienkimi rdzawoczerwonymi kreskami, ciemnoniebieska koszula, rdzawoczerwony krawat z niebieskimi i złotymi punkcikami. Wszystko zupełnie nowe i wszystko – oprócz butów – jakby lekko za duże, jakby od chwili zakupów ciało trochę się skurczyło. Mężczyzna miał może trochę po pięćdziesiątce, pasma jasnych złotobrązowych włosów przylegały płasko do jego głowy. (Chyba nie były farbowane, kto by farbował takie marne kosmyki?). Brwi – ciemniejsze, rudawe, nastroszone i krzaczaste. Skóra na twarzy – dość guzowata, gruba jak powierzchnia zsiadłego mleka. Czy był brzydki? Oczywiście, że tak. Był brzydki, ale zdaniem Juliet mężczyśni w jego wieku bardzo często są brzydcy. Póśniej, z perspektywy czasu, nie powiedziałaby, że był szczególnie brzydki. Uniósł brwi i szeroko otworzył jasne, wilgotne oczy, jakby chciał okazać jej serdeczność. Usiadł naprzeciwko.
– Nie za wiele do oglądania – powiedział.
– Nie. – Opuściła oczy na książkę.
– Ach – westchnął, jakby sprawy przybierały obiecujący obrót.
– Dokąd pani jedzie?
– Do Vancouver.
– Ja też. Przez cały kraj. Równie dobrze można przy okazji zobaczyć kawałek świata, prawda?
– Mhm.
Mężczyzna nie dał się zniechęcić.
– Czy pani też wsiadła w Toronto?
– Tak.
– To moje rodzinne miasto. Mieszkam tam od urodzenia. Pani też?
– Nie – powiedziała Juliet, znowu spoglądając na książkę i starając się jak najbardziej wydłużyć pauzę. Jednakże coś – jej wychowanie, zażenowanie, Bóg wie co, może współczucie, okazało się za silne i rzuciła mu nazwę rodzinnej miejscowości, a potem określiła jej położenie, podając odległość od różnych większych miast i usytuowanie względem jeziora Huron i zatoki Georgian.
– Mam kuzynkę w Collingwood. To ładna okolica. Parę razy odwiedziłem ją i jej rodzinę. Sama pani podróżuje? Tak jak ja? Przez cały czas zacierał dłonie.
– Tak. – Już nie, myśli. Już nie.
– Pierwszy raz wybrałem się na dłuższą wyprawę. Niezła wycieczka, w dodatku w pojedynkę.
Juliet nic nie powiedziała.
– Zobaczyłem, że czyta pani książkę, całkiem sama, i pomyślałem: może jest sama i też jedzie daleko, i moglibyśmy się jakoś zakolegować?
Na to słowo, „zakolegować”, Juliet poczuła zimny dreszcz niepokoju. Zrozumiała, że ten człowiek nie chce jej podrywać. Czasami przydarzało jej się, że niezdarni, samotni i nieatrakcyjni mężczyśni składali jej bezpośrednie propozycje, zakładając, że jadą na tym samym wózku. Ale ten mężczyzna tak się nie zachowywał. Szukał towarzysza podróży, a nie dziewczyny. Szukał kolegi. Juliet wiedziała, że wielu ludziom wydawała się dziwna i samotna, i w pewnym sensie taka była. Jednocześnie przez większość życia otaczali ją ludzie, którzy chcieli wykorzystać jej energię, jej czas, jej duszę. I na ogół im na to pozwalała. Bądś dla wszystkich dostępna, bądś przyjacielska (zwłaszcza jeśli nie jesteś lubiana) – tego się uczysz w małym mieście i w internacie dla dziewcząt. Pozwalaj, aby każdy mógł cię wykorzystać, nawet jeżeli nie ma pojęcia, kim naprawdę jesteś. Spojrzała wprost na tego mężczyznę, bez uśmiechu. Zobaczył jej determinację i po jego twarzy przemknął wyraz przestrachu.
– To dobra książka? O czym? – spytał.
Nie zamierzała mu mówić, że czyta o starożytnej Grecji, o upodobaniach Greków do rzeczy irracjonalnych. Nie miała
uczyć greki, lecz prowadzić zajęcia pod tytułem Myśl grecka, jeszcze raz zatem wróciła do Doddsa, aby znaleść coś przydatnego.
– Naprawdę chciałabym poczytać. Przejdę do wagonu panoramicznego – powiedziała.
Wstała i wyszła, myśląc, że nie powinna była mówić, dokąd idzie, gdyż mężczyzna mógł pójść za nią, przepraszając i szukając jakiegoś innego pretekstu do bliższej znajomości. Poza tym w wagonie panoramicznym na pewno będzie zimno i przydałby jej się sweter. Ale teraz już nie mogła się po niego wrócić. Panoramiczny widok, jaki roztaczał się przed nią z ostatniego wagonu, wydawał jej się mniej atrakcyjny niż widok z okna wagonu sypialnego. Teraz w polu widzenia stale znajdowała się przednia część pociągu. Być może problemem było to, że – tak jak przewidywała – zrobiło jej się zimno. Czuła się zaniepokojona, ale nie było jej przykro. Jeszcze chwila i ofiarowałby jej swoją spoconą rękę – albo spoconą, albo suchą i łuszczącą się – nastąpiłaby wymiana nazwisk i Juliet zostałaby uwięziona.

(ur. 1931)

Kanadyjska pisarka zaliczana do najwybitniejszych żyjących autorek krótkich form prozatorskich. Napisała dwanaście zbiorów opowiadań i jedną powieść. Otrzymała wiele nagród i wyróżnień, w tym – trzykrotnie – Governor General‘s Award, najważniejszą kanadyjską nagrodę literacką. W 2009 roku została laureatką prestiżowej Międzynarodowej Nagrody Bookera – Man Booker International Prize – przyznawanej co dwa lata za całokształt twórczości. Jest wymieniana wśród autorów zasługujących na literacką nagrodę Nobla. Jest autorką wydanych przez Dwie Siostry książek Uciekinierka i Kocha, lubi, szanuje...

nakład wyczerpany
nakład wyczerpany
nakład wyczerpany
nakład wyczerpany