Dodano do koszyka

 

ZALOGUJ SIĘ





Nie masz jeszcze konta?

Aby robić u nas zakupy, musisz się zarejestrować i założyć konto klienta.


Załóż konto »

 

ISBN 978-83-64347-81-8
cena detaliczna: 32 zł
15 x 20 cm
oprawa miękka
312 str.
kategoria wiekowa 14+
dodaj do koszyka
32 zł   28,80 zł

Rok Szczura

tekst: Clare Furniss
tłumaczenie: Katarzyna Rosłan
Świat może runąć w każdej chwili. Ale kto myśli o tym w wieku piętnastu lat? Przejmująca powieść dla młodzieży.

Zawsze myślałam, że człowiek wyczuwa, gdy ma się zdarzyć coś strasznego. Tak jak latem, gdy zbiera się na burzę, a powietrze robi się ciężkie i parne. Wtedy od razu wiadomo, że lepiej się gdzieś schować i przeczekać.
A tu okazuje się, że wcale nie. W tle nie rozbrzmiewa złowieszcza muzyka, jak na filmach. Nie pojawiają się żadne znaki ostrzegawcze. Nawet czarny kot nie przebiega przez drogę. „Stój – mówiła mama. – Poczekaj, aż ktoś inny przejdzie pierwszy”.

Pearl ma piętnaście lat i jej świat właśnie się zawalił. Urodziła jej się siostra – a mama umarła.

Siostra wygląda jak mały szczur. Różowa, piszcząca, pomarszczona. Jak pokochać takie coś?

A mama? Szybko się okazuje, że wprawdzie umarła, ale wcale nie odeszła. Pojawia się już na swoim pogrzebie…

 

Rok Szczura to pełna gorzkiego humoru i przejmującej szczerości powieść o radzeniu sobie ze stratą i smutkiem – a także o dojrzewaniu do wrażliwości na uczucia innych.


Stoimy na czerwonym świetle. Widzę je przez zalaną deszczem przednią szybę: raz zamazane, raz wyraźne, zamazane, wyraźne. Wycieraczki miarowo przesuwają się w lewo i w prawo. Pod sygnalizatorem, bezpośrednio przed nami, zatrzymał się karawan. Staram się na niego nie patrzeć.
Moje palce zachowują się tak, jakby nie należały do mnie, tylko do kogoś innego. Skubią nitkę z rękawa, obciągają spódniczkę, by więcej zasłaniała. Dlaczego ją w ogóle włożyłam? Na pogrzeb jest o wiele za krótka. Przez to milczenie zaczyna mnie ogarniać panika, ale nie wiem, co powiedzieć. Nic nie przychodzi mi do głowy.

Zerkam ukradkiem na tatę. Jego pusta twarz nadal przypomina maskę. O czym myśli? O mamie? Może też się gorączkowo zastanawia, co powiedzieć, tak jak ja.
— Zapnij pasy — mówię w końcu, zbyt głośno.
Wzdryga się i rzuca mi zdziwione spojrzenie, jakby zapomniał, że w ogóle istnieję.
— Co?
Głupio się czuję. Jakbym mu przerwała coś ważnego.
— Pasy — mruczę pod nosem i czuję, że płoną mi policzki.
— A, tak. — I po chwili: — Dzięki.
Ale wiem, że myślami jest gdzie indziej. Zdaje się, że bierze udział w jakiejś innej rozmowie, której ja nie słyszę. Pasów nie zapina.
Siedzimy obok siebie jak dwa posągi, szare i zimne, na tylnym siedzeniu samochodu.
Jesteśmy prawie na miejscu. Gdy parkujemy przed kościołem, tata kładzie mi rękę na ramieniu i spogląda w oczy. Twarz ma bladą, czoło zmarszczone.
— Dobrze się czujesz, Pearl?
Gapię się na niego. Naprawdę nie stać go na więcej?
— Tak — odpowiadam w końcu.
Wysiadam z samochodu i nie czekając na niego, wchodzę do kościoła.

Zawsze myślałam, że człowiek wyczuwa, gdy ma się zdarzyć coś strasznego. Tak jak latem, gdy zbiera się na burzę, a powietrze robi się ciężkie i parne. Wtedy od razu wiadomo, że lepiej się gdzieś schować i przeczekać.
A tu się okazuje, że wcale nie. W tle nie rozbrzmiewa złowieszcza muzyka, jak na filmach. Nie pojawiają się żadne znaki ostrzegawcze. Nawet czarny kot nie przebiega przez drogę. „Stój” — mówiła mama. „Poczekaj, aż ktoś inny przejdzie pierwszy”.
Ostatni raz widziałam ją w kuchni, z fartuchem na wielkim brzuchu, otoczoną formami do pieczenia i miskami, pootwieranymi torbami cukru i mąki. Gdyby nie przekleństwa, którymi obrzucała stary piekarnik, buchający prosto na nią kłębami czarnego dymu, sprawiałaby wrażenie prawdziwej bogini domowego ogniska.
— Mamo — spytałam niepewnie — co robisz?
Odwróciła się w moją stronę. Była czerwona jak burak, a rude włosy, bardziej rozczochrane niż zwykle, miała tu i ówdzie przyprószone mąką.
— Tańczę tango, Pearl! — wrzasnęła i zamachnęła się na mnie drewnianą łyżką. — Uprawiam pływanie synchroniczne. Biję w dzwon. Nie widzisz?
— Tylko pytałam — odparłam. — Po co się od razu tak wściekać?
To nie było rozsądne. Mama sprawiała wrażenie, że zaraz wybuchnie.
— Piekę pieprzone ciasto.
Tyle że nie powiedziała „pieprzone”.
— Ty? Przecież nie umiesz — zauważyłam.
Rzuciła mi spojrzenie, od którego farba zeszłaby ze ściany, gdyby nie odpadła sama jakieś sto lat temu.
— W tym piecu chyba diabli mieszkają!
— Ale to chyba nie moja wina, co? Sama się uparłaś, żeby się przeprowadzić do tej ruiny, gdzie nic nie działa. W starym domu przynajmniej piekarnik był bez zarzutu. I dach nie przeciekał. A grzejniki naprawdę grzały, a nie tylko wydawały odgłosy.
— Dobra, już dobra. Jeden zero dla ciebie. — Mama przyglądała się jasnoczerwonej prędze na swojej dłoni.
— Może ją włóż pod zimną wodę.
— Owszem, dziękuję ci, Pearl — warknęła — za tę cenną poradę lekarską.
A jednak, wciąż klnąc pod nosem, podeszła do zlewu.
— Czy kobiety w ciąży nie powinny przypadkiem być pogodne i spokojne? Promieniować wewnętrznym światłem i tak dalej?
— Nie. — Skrzywiła się, włożywszy rękę pod kran. — Powinny być grube i często ulegać wahaniom nastroju.
— Aha. — Stłumiłam uśmiech — trochę dlatego, że było mi jej żal, a trochę dlatego, że nie wiedziałam, gdzie w końcu wyląduje ta łyżka, jeśli tego nie zrobię.
Z holu dobiegło parsknięcie.
— Myślisz, że nie wiem, z czego się śmiejesz? — krzyknęła mama w tamtą stronę.
W drzwiach ukazała się głowa taty.
— Ja? Ja się śmieję? — spytał, spoglądając na nią wzrokiem niewiniątka. — To nie byłem ja. Ja dopiero wszedłem i właśnie zamierzałem ci pogratulować, jak doskonale radzisz sobie z wahaniami nastroju.
Mama spojrzała na niego wilkiem.
— Chociaż, o ile pamiętam — dodał, trzymając się poza jej zasięgiem — to przed ciążą też szło ci to nie najgorzej.
Przez chwilę myślałam, że rzuci w niego ciężkim rondlem. Ale nie. Stała tylko na środku kuchennego pobojowiska, wśród skorupek od jajek i rozsypanego kakao, i śmiała się tak, że łzy ciekły jej po twarzy, a my nie wiedzieliśmy, czy tak serio to się śmieje, czy płacze. Tata podszedł i wziął ją za ręce.
— Lepiej usiądź, dobrze? — Poprowadził ją do krzesła. — Zrobię ci herbaty. Miałaś się oszczędzać.
— Te cholerne hormony. — Mama otarła oczy.
— Jesteś pewna, że to tylko hormony? — Tata usiadł obok niej. 
Minę miał niespokojną. — Poza tym nic ci nie jest?
— Daj spokój. Nie panikuj — odparła z uśmiechem. — Czuję się dobrze. Naprawdę. Tylko… Zresztą sam widzisz. Jestem już tak ogromna, że powinni mi nadać oddzielny kod pocztowy. Bóg jeden wie, jak będę wyglądać za kolejne dwa miesiące. A moje nogi? Spuchnięte w kostkach jak banie. To strasznie denerwujące.
— Ale później sama przyznasz, że było warto się pomęczyć — stwierdził tata.
— Wiem — odparła, składając ręce na brzuchu. — Nasza mała Rose. Będzie tego warta.
Siedzieli i uśmiechali się do siebie tak słodko, że aż się niedobrze robiło.
— No tak, pewnie — wtrąciłam złośliwie. — Zarwane noce, śmierdzące pieluchy. Warto jak cholera.
Zdjęłam z oparcia krzesła swoją kurtkę i odwróciłam się do wyjścia.
— Wychodzisz? — spytała mama.
— Tak. Umówiłam się z Molly.
— Pearl, zaczekaj — powiedziała. — Chodź no tu do mnie.
Uśmiechnęła się i wyciągnęła ręce, jak to ona. Niezależnie od tego, jak bezsensownie by się zachowała i jak bardzo człowiek by się starał jej nie wybaczyć, zawsze potrafiła go udobruchać.
— Przepraszam, kochanie. Niepotrzebnie na ciebie krzyknęłam. Mam potworną migrenę, co nie oznacza, że powinnam się na tobie wyładowywać. Okropna ze mnie jędza.
Uśmiechnęłam się.
— Pewnie.
— Wybaczysz mi?
Wsadziłam palec do miski, zgarnęłam trochę surowego ciasta i oblizałam. Smakowało zdumiewająco dobrze.
— Oczywiście, że nie.
Pochyliłam się nad jej ogromnym brzuchem i cmoknęłam ją w policzek.
— Połóż się może na chwilę. Obejrzyj coś głupiego w telewizji, co? Daj temu biednemu dzieciakowi trochę spokoju.
Zaśmiała się i wzięła mnie za rękę.
— Napij się jeszcze ze mną herbaty przed wyjściem.
— Naprawdę nie mogę. Idziemy do kina, Molly zarezerwowała bilety. 
— Ścisnęłam ją za rękę. — Napijemy się, jak wrócę.
Ale się myliłam.

29,90 zł   26,90 zł
dodaj do koszyka