Dodano do koszyka

 

ZALOGUJ SIĘ





Nie masz jeszcze konta?

Aby robić u nas zakupy, musisz się zarejestrować i założyć konto klienta.


Załóż konto »

 

ISBN 978-83-608-5086-2
15 x 18,50 cm
oprawa twarda
320 str.
kategoria wiekowa 8+
nakład wyczerpany

Wielka, większa i największa

ilustracje: Gabriel Rechowicz

Seria: Mistrzowie Ilustracji

Powieść przygodowa.

Tajemniczy komunikat radiowy i spotkanie z niezwykłym, mówiącym samochodem rozpoczynają serię niesamowitych zdarzeń, która zaprowadzi parę przyjaciół – Ikę i Groszka – w miejsca, w których nigdy nie spodziewali się znaleźć, i przysporzy im wielu pasjonujących przygód. W 1962 r. na podstawie książki powstał popularny film dla dzieci.


Kiedy odjął ręce od oczu, samochodu już nie było widać. Wzruszył więc tylko ramionami.
— Co to się człowiekowi nie wyśni — mruknął i znów ułożył się do drzemki.
Kapitan zaś już wyskoczył z zajazdu przed dworcem. Ika powtarzała szybkim głosem uzyskane przy pomocy sieci telefonicznej wiadomości — a Groszek i oczywiście sam Kapitan słuchali uważnie.
Na koniec Ika powiedziała nieśmiało:
— A wreszcie powiedzieli, że jeden z tych ludzi, z którym jest chłopak, wygląda jak jakiś... ry... rysopis z jakiegoś listu. Listu gonionego. Nie... z listu... gończego. Co to znaczy, Groszek? Rysopis listu gończego? Co to takiego?
— To jest... — zaczął Groszek.
— To znaczy... — powiedział i znów utknął.
— To jest taki... — powiedział i umilkł.
Wtedy roześmiał się sam Kapitan. Tak się zaśmiał, że aż musiał na chwilę przyhamować. A potem, gdy znowu ruszył pełnym pędem i kiedy za oknami poczęły migać pierwsze, rosnące wzdłuż podmiejskiej szosy drzewa, wyjaśnił już całkiem poważnie:
— Rysopis to jest po prostu opis człowieka, jakie ma oczy, włosy, wzrost i tak dalej. Używa się go przede wszystkim wtedy, kiedy nie ma czyjejś fotografii. A list gończy to jest takie publiczne ogłoszenie, a raczej wezwanie do ludzi, żeby pomogli w odnalezieniu jakiegoś złoczyńcy. Rozumiecie już?
— Tak.
— A jak się ten od rysopisu nazywał?
— Eustachy Ku… Ku... Kużewik — przypomniała sobie Ika. — Tylko że tamten nie miał wąsów, a ten ma.
Zapadło milczenie. Kapitan pędził teraz lśniącym, ciemnym gościńcem w stronę Truszewa. Drzewa migały, deszcz osiadał na szybie.
Groszek poruszył się trochę niespokojnie.
— Sprawa jest poważniejsza, niż myślałem — powiedział.
Kapitan po chwili potwierdził:
— To prawda! — I spytał: — Jaki macie plan?
— Trzeba rzecz przemyśleć — powiedział Groszek.
A więc zaczęli przemyśliwać. Kapitan kładł się miękko na zakrętach i wyskakiwał z nich na największym gazie. Chwilami lekko drżał pod bocznymi uderzeniami wiatru. Upojony szybkością nucił wszystkimi swymi cylindrami jakąś niską, samochodową melodię, jakąś piosenkę, w której była mowa o wielkim pędzie, dalekich drogach, szosach wśród gór i nadmorskich gościńcach.
W pewnej chwili Ika podniosła głowę.
— Mam pewien plan — rzekła trochę nieśmiało, a potem opowiedziała o owym planie.
— To jest bardzo dobry plan — powiedzieli równocześnie Kapitan i Groszek.

W poczekalni, czyli w bufecie truszewskiej stacji, pusto było, cicho i nudno. Zatrzymywały się tu tylko pociągi bocznych linii, złożone ze starych wagonów, toczące się powoli przez małe stacyjki. W Truszewie robiło się gwarno tylko trzy razy dziennie — kiedy odjeżdżał poranny do Warszawy, a potem, kiedy powracały warszawski popołudniowy i warszawski wieczorny. A poza tym? Było właśnie pusto, cicho i nudno. Trzy czy cztery osoby w bufecie nigdy nie czyniły gwaru i bufetowa mogła spokojnie robić ciepłe skarpetki na drutach dla całej swojej wyjątkowo licznej rodziny.
Tym razem też nikt nie przeszkadzał jej w owym zajęciu. Popo-łudniowy warszawski przyjechał przed dwoma godzinami i prawie wszyscy podróżni opuścili dawno budynek stacyjny. W bufecie zostało tylko dwóch mężczyzn z małym chłopczykiem — czekających na połączenie z wieczornym pociągiem do Kuśmidrowa. Chłopczyk od godziny już spał na ławce, zaś obaj dorośli zamówili po jednym dużym piwie i przez cały ten czas nad kuflami coś szeptali.
Chłopczyk, jak od razu zauważyła bufetowa, był bardzo ładny i ładnie ubrany. Miał niebieskie oczy, ciemne włosy, granatowy płaszczyk, beret, a ubranko i butki — popielate. Przez pierwszą godzinę budował pracowicie studnię z zapałek, pytając tylko co jakiś czas:
— A kiedy mamusia przyjdzie?
Potem znudził się i budowaniem, i pytaniami — więc usnął, wyciągnąwszy się na ławce. „Jak laleczka” — pomyślała sobie bufetowa, która miała sztuczny kok i czułe serce.
Obaj mężczyźni natomiast wcale nie byli zbyt piękni. Jeden z nich, niski i gruby, który nazywał siebie „wujkiem” chłopczyka, ubrany był nawet owszem, owszem — nawet elegancko — i miał dość miłą twarz o śmiesznych, czarnych wąsach. Głos jego jednak był jakiś dziwny. Jakby za lepki, za grzeczny, za słodki.
Drugi zaś mężczyzna, chudy, niczym stara czapla, nic już w sobie miłego nie miał. W dodatku w ogóle nie chciał patrzeć człowiekowi w oczy i — ogólnie biorąc, od pierwszej chwili bardzo się bufetowej nie spodobał.
Należy zresztą przypuszczać, że gdyby bufetowa posłyszała rozmowę obu jegomościów, to już nie o podobaniu się byłaby mowa, ale o wiele gorszych uczuciach.
Rzecz w tym jednak, że nie słyszała — i dlatego mogła spokojnie robić dalej cieple skarpety. Oni zaś też na pozór spokojnie dalej sobie szeptali. Wcale jednak spokojni nie byli. Przede wszystkim Chudy, któremu ze zdenerwowania wystąpiły na policzkach duże, czerwone plamy.
— Ja mam dość tych twoich interesów — szeleścił zakatarzonym głosem. — Na porywacza dzieci też się nie nadaję.
Gruby nieprzyjemnie się uśmiechnął.
— Ty się w ogóle do niczego nie nadajesz. Ja cię przy sobie nie trzymam.
— To oddaj mi moje pieniądze — zasyczał Chudy.
— Nie mam żadnych twoich pieniędzy — uśmiechnął się jeszcze nieprzyjemniej ten z wąsami.
Chudego ze złości aż zatkało.
— Jak to? Przecież ci wszystkie oddałem.
— Nie pamiętam.
— Nie pamiętasz? — Chudy podniósł głos tak ostro, że aż bufetowa spojrzała niespokojnie znad okularów. Ale Gruby z wąsami od razu czule się do niej uśmiechnął.
— Nie pamiętamy, proszę pani — powiedział — o której odjeżdża pociąg do Kuśmidrowa.
— O dziewiętnastej zero dwa — wyjaśniła oschłym głosem. — To znaczy, za godzinę.
Nastała chwila ciszy. Leżący na ławce chłopczyk podniósł głowę, zamrugał oczami i spytał:
— Mamusia jeszcze nie przyszła?
Pan z wąsami uśmiechnął się tak słodko, jakby był jedną wielką landryną.
— Nie — zagruchał. — Ale wkrótce przyjdzie.
Chłopczyk skrzywił się, ziewnął i potem znowu przymknął oczy. Wtedy ten z wąsami zaszeptał bardzo groźnym szeptem. Tak groźnym, że Chudy skulił ramiona.
— Zapamiętaj sobie — szeptał Gruby — że mnie na tobie nie zależy i że gdyby nie ja, złapaliby ciebie już dziesięć razy. Sam dobrze wiesz, że jesteś tchórz, niedorajda, pijak i łazęga. Jeśli ja cię nie uratuję, zginiesz marnie. Mów zaraz, kto zauważył dziś w Warszawie, że dworzec jest obstawiony przez milicję?
— Ty — szepnął Chudy.
— A kto — ciągnął tamten — wpadł na genialny pomysł, żeby od razu odjechać innym pociągiem?
— No... ty... — przyznał Chudy.
— A kto był taki mądry — mówił Gruby — żeby zgarnąć tego chłopaczka, pytam? Ty mówisz, że na porywacza się nie nadajesz. A nie rozumiesz, co to za mądrość, durniu. Nikomu jeszcze do głowy nie wpadło, iż nie jest on mym ukochanym siostrzeńcem... a co najważniejsze, nikomu nie może wpaść do głowy, że ci oto dwaj mili panowie z przemiłym chłopczykiem po prostu wieją przed milicją. Czy groźny przestępca może mieć dziecko na ręku?
Chudy niepewnie pokiwał głową.
— Jego pewnie także już szukają.
Gruby uśmiechnął się bardziej niż lekceważąco.
— Ale w Warszawie na dworcu. Bo tutaj nie. Komu mogło wpaść do głowy, żeby taki szczeniak potrafił sam wyjechać z Warszawy?
Chudemu jednak to wszystko nadal nie bardzo się podobało.
— Ty za mądry jesteś! — krzyknął.
— Dla ciebie na pewno — śmiał się Gruby.
— A... a nie dasz mi pieniędzy? — pytał już pokornie Chudy.
— Nie — powiedział stanowczo Gruby — bo od razu wszystko przepijesz. Mogę ci najwyżej kupić jeszcze jedną butelkę piwa. Ale tylko jedną.
Chudy westchnął. Widać zrozumiał, że nic mu już nie pomoże.
— Na drugi raz — powiedział — oddam ci na przechowanie stare gazety, a nie żadne z ciężkim strachem kradzione pieniądze. Daj te dwa złote na piwo.
— Kradzione nie tuczy — zachichotał Gruby. — Masz.
Chudy raz jeszcze westchnął — i podszedł do bufetu po piwo.
Stuk jego kroków obudził śpiącego na ławce chłopczyka. Znowu podniósł głowę i spytał:
— Mamusia jeszcze nie przyszła?
— Nie, moje dziecko — powiedział Gruby.
Chłopak rozbudził się całkowicie, usiadł, poprawił zsuwający się na ucho berecik.
— To ja do niej pójdę — postanowił po chwili.
Ale gruby jegomość od razu wytrzeszczył oczy i zaczął groźnym głosem.
— Nie idź, dziecko. Niech cię Pan Bóg broni. Na dworze jest ciemno, wilki chodzą i mogą cię zjeść. Mamusia zaraz tu przyjedzie, jak ty pójdziesz jej szukać, sam gotóweś się zgubić. I co wtedy będzie?
Chłopak przekonany pokiwał głową.
— Wtedy będzie źle. To ja jeszcze poczekam.
Gruby jegomość odetchnął z ulgą i wyciągnął z kieszeni za-pałki.
— Masz — powiedział — zbuduj sobie studnię.
— A mogę dwie? — spytał chłopak.
— Możesz.
Chłopczyk zajął się pracowicie budowaniem studni na sąsiednim pustym stole. Gdy zaś Chudy wrócił ze swoim piwem i nalał go sobie do kufla, obrócił się grzecznie i powiedział:
— Smacznego panu.
Chudy burknął pod nosem „dziękuję”, a jego przyjaciel zmrużył chytre oko.
— Za szczeniaka — szepnął — też dostaniemy kilka ładnych groszy okupu. Nie interesuje cię to?
Chudy jednak ciągłe był niepewny siebie, zmarszczył smutne czoło i ptasi nos.
— Mnie interesuje coś innego. Czy w tym twoim Kuśmidrowie nas nie capną? — mruknął.
— Zwariowałeś? — nadął się Gruby. — Mam tam melinę jak złoto.
Chudy westchnął chyba po raz dwudziesty tego popołudnia.
— Chciałbym już w niej być.
Gruby wzruszył ramionami i okazując, że nie ma ochoty na dalszą rozmowę z głupcem, zasłonił się gazetą.
A więc znów zapadło milczenie.
Za bufetem migały zawzięcie druty bufetowej — po chwili chudy jegomość zdrzemnął się nad piwem, gruby zaś nad gazetą. Tylko chłopczyk w granatowym płaszczyku i berecie biedził się nad swoją — bardzo zresztą krzywą — studnią z zapałek i nucił nieznaną nam bliżej z melodii piosenkę o słowach następujących:
            A mamusia idzie,
            A mamusia idzie,
            A mamusia idzie,
            Idzie do nas już!
Nic więc dziwnego, że gdy otwarły się drzwi, chłopczyk aż podskoczył na krześle, przewracając swą krzywą studnię. Ale jego roześmiana w pierwszej chwili twarz znów posmutniała. W drzwiach bowiem wcale nie ukazała się ta osoba, o której śpiewał i której oczekiwał — tylko jakiś całkiem obcy, ubrany w długą pelerynę, zmarznięty chłopiec.
Chłopiec ukłonił się od drzwi i powiedział do wszystkich:
— Dobry wieczór.
Wtedy malec w granatowym bereciku zawołał z nową nadzieją:
— Chłopczyku! Nie widziałeś mojej mamusi?
— Nie — odpowiedział chłopiec.
— Szkoda — westchnął Granatowy Berecik i broda mu lekko drgnęła. Od razu jednak pochylił się nad nim gruby i przymilny pan z wąsami i zaczął czule pocieszać:
— Przecież ci mówiłem, że mamusia już jedzie pociągiem i zaraz do ciebie przyjdzie. Za pół godziny… pociągiem do Kuśmidrowa.
— Przepraszam bardzo — powiedział tamten starszy chłopiec, podchodząc do stolika, przy którym siedział Granatowy Berecik. — Czy nie mógłbym się przysiąść? Ja też jadę... jadę do Kuśmidrowa.
Gruby jegomość z wąsami wpatrzył się uważnie w ciemne oczy chłopca, a jego własny wzrok zrobił się nagle ciężki i zimny jak od niewypowiedzianej groźby.
— Tam też jest miejsce... — zaczął oschle, wskazując przeciw-legły kąt bufetu, ale chłopiec mu przerwał:
— Bo ja wiozę pieniądze dla tatusia — pochwalił się wszystkim z bezmyślnym uśmiechem — i nie chcę być taki sam.
Usłyszawszy to zdanie, gruby pan od razu się zmienił. Spojrzał na chłopca z nieoczekiwaną przyjaźnią i z ojcowską niemal troską — rozpromienił się, rozwarł ramiona.
— I co? — dziwił się. — To ty samotnie podróżujesz? A dużo masz tych pieniędzy?
Chłopiec spuścił oczy.
— Tatuś zabronił mówić — bąknął niepewnie.
Ale gruby pan już go chwycił za łokieć, przyciągnął do siebie, poklepał po ramieniu i znów szeroko się uśmiechnął.
— No siadaj, chłopcze! — zawołał. — Siadaj z nami. Będzie nam weselej podróżować. Cieszysz się?
— Bardzo się cieszę — powiedział chłopiec.
— A ja nie — westchnął pijący drobnymi łykami swoje piwo chudy i smutny mężczyzna.
Chłopiec w pelerynie ukłonił się grzecznie jeszcze raz i usiadł koło Granatowego Berecika.
— Chcesz? — powiedział. — Zbuduję ci świetną studnię.
— Dobrze — uśmiechnął się Berecik. — A jak ty się nazywasz?
— Groszek — powiedział chłopiec.

(1922–1993)

Prozaik, dramatopisarz, eseista. Autor wielu powieści dla młodzieży. Jego książki przetłumaczono na kilkanaście języków. Jest autorem wydanej przez Dwie Siostry książki Wielka, większa i największa.

(1920–2010)

Grafik, malarz, ilustrator, twórca wielkoformatowych dekoracji plastycznych w architekturze. Studiował malarstwo w École des Beaux Arts w Paryżu i Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Zilustrował ponad 40 książek, m.in. Wandy Chotomskiej, Jerzego Ficowskiego, Tadeusza Kubiaka. W Dwóch Siostrach ukazała się zilustrowana przez niego książka Wielka, większa i największa.

22,00 zł
chwilowo brak
28,00 zł   25,20 zł
dodaj do koszyka
28,00 zł   25,20 zł
dodaj do koszyka
28,00 zł   25,20 zł
dodaj do koszyka
29,90 zł   26,90 zł
dodaj do koszyka