Dodano do koszyka

 

ZALOGUJ SIĘ





Nie masz jeszcze konta?

Aby robić u nas zakupy, musisz się zarejestrować i założyć konto klienta.


Załóż konto »

 

ISBN 978-83-608-5049-7
15 x 18,50 cm
oprawa twarda
240 str.
kategoria wiekowa 6+
nakład wyczerpany

Michałek z pudełka od zapałek

ilustracje: Zbigniew Rychlicki
tłumaczenie: Tadeusz Polanowski

Seria: Mistrzowie Ilustracji

Pudełko od zapałek ma sześć centymetrów długości, jego szerokość wynosi cztery centymetry, a wysokość – dwa. W sam raz dla Michałka...


Michałek Opałek jest najmniejszym chłopcem na świecie. Sypia w pudełku od zapałek, kąpie się w mydelniczce i z całego serca pragnie zostać wielkim artystą. Tylko jak to zrobić, gdy ma się raptem pięć centymetrów wzrostu?


Nazywał się Michałek Opałek i sypiał w pudełku od zapałek. Właściwie jego pełne nazwisko brzmiało: Opałek z Koszałek. Ale o tym mało kto wiedział. Nie wiedziałbym i ja, gdybym tego nie usłyszał z ust samego Michałka. Było to, jeśli się nie mylę, w Londynie. W hotelu Garland, a ściśle rzecz biorąc, w jego sali śniadaniowej, gdzie pod sufitem huśtają się klatki pełne różnobarwnych kolibrów. Maciupkie to, ale jak wyśpiewuje! Człowiek ledwo słyszy swoje własne michałki.
A może było to w Rzymie? W hotelu Ambassadore na Via Veneto? Albo w restauracji hotelu Excelsior w Amsterdamie? Niestety, pamięć niezbyt mi już dopisuje. Trudna rada, muszę sam dopisywać to i owo.
Mam czasem w głowie zupełny galimatias, jak wy — w swoich szufladach z zabawkami.
Jedno, bądź co bądź, nie ulega wątpliwości: Michałkowi rodzice i dziadkowie i pradziadkowie, a nawet praprapradziadkowie wywodzili się, co do jednego, z Tyrolu, z tych jego stron, które są najbardziej tyrolskie. U stóp wysokiej góry przycupnęła tam mała wioska i obie — góra i wioska — nazywają się Koszałki.
Sprawdzam to w moim starym leksykonie. Jest czarno na białym:

KOSZAŁKI. Wieś tyrolska, 412 mieszkańców nadzwyczaj drobnej postury. Najwyższy wzrost: 51 centymetrów. Przyczyny nieznane. Słyną z koszykarstwa (patrz: „Pleść koszałki”, t. IV) i tężyzny fizycznej (patrz: Klub Gimnastyczny „W zdrowym ciałku zdrowy duszek”, założony w r. 1872). Wszyscy mieszkańcy nazywani są od wieków Opałkami z Koszałek. Literatura przedmiotu: „Koszałki i ich Opałki”, wydał własnym sumptem w r. 1908 ksiądz proboszcz Remigiusz Dallmayer. Wyczerpane.

„Dziwna parafia” — powiecie. Nic na to nie poradzę. Mój stary leksykon stoi na półce z bajkami, ale ufam mu prawie zawsze. A teraz pozwólcie, że go z powrotem między bajki włożę. Wróćmy do naszych Opałków.
Rodzice Michałka byli już rok po ślubie, kiedy postanowili wyruszyć w szeroki świat. Choć byli tacy mali, marzyły im się rzeczy wielkie. A ponieważ we wsi Koszałki nie mieściły się żadne szersze plany, małżeństwo spakowało manatki i ruszyło w świat.
Wszędzie, gdzie tylko się znaleźli, budzili niesłychane zdumienie. Ludzie rozdziawiali usta i wytrzeszczali oczy. Michałkowa mama była wprawdzie śliczną kobietką — jak malowanie, a jego papę zdobił zabójczy czarny wąsik, ale oboje mieli wzrost pięcioletnich dzieci. Nie dziw, że się dziwowano.
Jakie były ich plany? Ponieważ celowali w gimnastyce, któ-rą chlubiły się Koszałki, myśleli o karierze akrobatów. I rze- czywiście, kiedy popisali się swoimi wyczynami na drążku i na trapezach przed panem Grzmotnickim, dyrektorem cyrku „Kometa”, ten zaklaskał z entuzjazmem w dłonie obciągnięte białymi, glansowanymi rękawiczkami i zawołał:
— Brawo, knypsy! Jesteście zaangażowani!
Było to w Kopenhadze. W Tivoli, pewnego przedpołudnia, pod cyrkowym namiotem, rozpiętym na czterech olbrzymich masztach. A Michałka nie było jeszcze wtedy wcale na świecie.
Chociaż jego rodzice przodowali w Koszałkach jako gimnas-tycy, musieli się jeszcze sporo uczyć i ostro trenować. Dopiero po trzech miesiącach przydzielono ich do chińskiej trupy akrobatów „Rodzina Bambus”. Nie była to właściwie prawdziwa rodzina, a z prawdziwymi Chińczykami nie miała w ogóle nic wspólnego. W dwunastu kunsztownie zaplecionych warkoczach nie było nawet jednego prawdziwego włosa. Ale mistrzostwu tej trupy nie można było nic zarzucić i zaliczano rodzinę Bambus do najzręczniejszych żonglerów i akrobatów, jakich kiedykolwiek oglądano na arenie.
Żonglowali kruchymi talerzami i filiżankami na cienkich chybotliwych prętach z żółtego bambusa z taką chyżością, że widzom zapierało dech. Pomniejsi wspinali się zwinnie jak łasice po śliskich prętach grubości ramienia, unoszonych w górę przez bardziej atletycznych Chińczyków, a tam stawali na rękach i — orkiestra, tusz! — na głowie. Ba, kręcili nawet, dziesięć metrów nad areną, koziołki! Robili salto w powietrzu, jakby to była dziecinna igraszka, i już stali znowu obiema stopami na rozchybotanych wierzchołkach bambusów i uśmiechali się z wysoka do publiczności. Orkiestra grała trzykrotny tusz, a ludzie klaskali, aż im ręce puchły!
Rodzice Michałka figurowali teraz w programach i na plakatach jako Wu-Fu i Czin-Czin, nosili sztuczne warkocze i pstre kimona z szeleszczącego jedwabiu. Podróżowali z jednego wielkiego miasta do drugiego z całą cyrkową karawaną, złożoną ze słoni i drapieżników, połykaczy ognia, klownów i akrobatów, arabskich rumaków, chłopców sta-jennych, pogromców, baletnic, mechaników, muzykantów i pana dy- rektora Grzmotnickiego, odnosili sukcesy, zarabiali mnóstwo pieniędzy i cieszyli się co najmniej dwadzieścia razy na dzień, że mają już za sobą rodzinne Koszałki.
Michałek przyszedł na świat w Sztokholmie. Był tak maciupki, że w ogóle by go nie zauważono, gdyby nie jego donośny pisk. Pan doktor oglądał go długo przez szkło powiększające, uśmiechał się i w końcu powiedział:
— Świetny chłopak! Niech zdrowo rośnie!
Ale Michałek niewiele urósł... Natomiast kiedy miał sześć lat, stracił rodziców. Stało się to w Paryżu, całkiem nagle i nieoczekiwanie. Państwo Opałkowie pojechali windą na wieżę Eiffla, aby podziwiać piękną panoramę. Ale zaledwie stanęli na najwyższej kondygnacji, zerwał się wicher, który zdmuch-nął ich za balustradę i w mgnieniu oka uniósł w dal.
Inni turyści, normalnej postury, zdołali się oprzeć wichurze, trzymając się kurczowo balustrady. Ale mali akrobaci przepadli bez śladu. Zauważono tylko, że trzymali się mocno za ręce. Aż stracono ich z oczu.
Nazajutrz pisano o tym w gazetach:
„Dwoje miniaturowych Chińczyków zdmuchniętych z wieży Eiffla! Bezskuteczne poszukiwania przez helikoptery. Niepowetowana strata dla cyrku”.
Najbardziej niepowetowana była ta strata dla Michałka, który kochał rodziców całą siłą swego maleńkiego serduszka. Niestety, w najmniejszym serduszku może się zmieścić i największy ból! Michałek myślał, że nie starczy mu już łez i serce pęknie mu z bólu, kiedy dwa tygodnie później grzebano na cmentarzu, w szkatułce z kości słoniowej, dwa czarne warkoczyki wyłowione z Atlantyku przez jakiś portugalski statek nie opodal Wysp Kanaryjskich.

Był to osobliwy pogrzeb. Wzięli w nim udział wszyscy cyrkowcy: rodzina Bambus w swoich kimonach, pogromca lwów i tygrysów ze szpicrutą spowitą w krepę, woltyżer Galopiński na karym ogierze Nero, połykacze ognia z płonącymi pochodniami, pan dyrektor Grzmotnicki w cylindrze i czarnych glansowanych rękawiczkach, klowni z żałobnie uszminkowanymi twarzami, a przede wszystkim, jako mówca, słynny mistrz czarnej magii, profesor Hokus Pokus.

(1899–1974)

Niemiecki pisarz, jeden z najwybitniejszych twórców literatury dziecięcej w XX wieku. Jego książki doczekały się niezliczonych wydań na całym świecie i ponad czterdziestu ekranizacji. Laureat Medalu im. Hansa Christiana Andersena. Jest autorem wydanej przez Dwie Siostry książki Michałek z pudełka od zapałek.

(1922–1989)

Grafik, ilustrator, scenograf. Jeden z klasyków polskiej ilustracji dla dzieci. Współpracował z wieloma czasopismami, zilustrował ponad sto książek. Jako jedyny Polak został uhonorowany Medalem im. Hansa Christiana Andersena – najważniejszą międzynarodową nagrodą dla twórców książek dziecięcych. To on narysował postać Misia Uszatka. W Dwóch Siostach ukazała się zilustrowana przez niego książka Michałek z pudełka od zapałek.

26,00 zł   18,20 zł
dodaj do koszyka
26,00 zł   23,40 zł
dodaj do koszyka
28,00 zł   25,20 zł
dodaj do koszyka
28,00 zł   25,20 zł
dodaj do koszyka