Dodano do koszyka

 

ZALOGUJ SIĘ





Nie masz jeszcze konta?

Aby robić u nas zakupy, musisz się zarejestrować i założyć konto klienta.


Załóż konto »

 

ISBN 978-83-608-5060-2
cena detaliczna: 26 zł
15 x 18,50 cm
oprawa twarda
160 str.
kategoria wiekowa 6+
nakład wyczerpany

Joachim Lis

detektyw dyplomowany
tekst: Ingemar Fjell
ilustracje: Teresa Wilbik
tłumaczenie: Maria Olszańska

Seria: Mistrzowie Ilustracji

Powieść detektywistyczna.


Kradzież dziesięciu słoików konfitur malinowych z piwnicy Bonifacego Borsuka zakłóca spokój panujący w Modrzejowie. Takie rzeczy nie zdarzały się od lat – od czasu gdy miejscowy włamywacz, wilk Rabuś-Krętacz, przeszedł na emeryturę. Ale teraz w miasteczku pojawił się nowy, nieuchwytny złoczyńca. Jego schwytania podejmuje się Joachim Lis, świeżo upieczony absolwent Korespondencyjnego Kursu dla Detektywów Prywatnych. Z nieodłączną fajką na wygiętym cybuchu, wielkim szkłem powiększającym i lassem ze sznura od bielizny (bo, jak powszechnie wiadomo, zarzucanie lassa jest najlepszym sposobem chwytania rabusiów), Joachim Lis, detektyw dyplomowany, rozpoczyna swoje pierwsze śledztwo.


Jest miasto, które nazywa się Modrzejów. Leży w środku wielkich borów, malutkie, nieważne miasto. Na mapie nigdy go nie oznaczają. Może ci, co rysują mapy, jeszcze go nie odkryli, a może uważają, że jest za małe i zupełnie nieważne.
Obecnie Modrzejów liczy czterystu trzydziestu dziewięciu mieszkańców. Wszyscy mieszkańcy są zwierzętami i Joachim Lis do nich należy. On właśnie jest główną osobą tego opowiadania.
Ojciec Joachima był szewcem. Joachim, jeszcze nim wyrósł z lat dziecinnych, umiał posługiwać się młotkiem i dratwą, i szydłem. Bardzo wcześnie też zrobił pierwszą próbną parę butów.
Kiedy staremu Lisowi wzrok się popsuł i nie mógł już przeciągnąć dratwy przez ucho szydła, stało się zupełnie oczywiste, że Joachim przejmie niewielki warsztat. Minęło parę lat i Joachim na dobre wyuczył się swego zawodu. Zdarzało się oczywiście od czasu do czasu, że jakiś klient, który obstalował parę butów, dostawał dwa z lewej nogi, żadnego zaś z prawej. Zdarzało się też od czasu do czasu, że lewy trzewik był o siedem–osiem numerów większy od prawego. Ale bywało to rzadko, bardzo rzadko.
Nikt Joachima nie pytał, czy odpowiada mu to, że jest szewcem. Wszyscy uważali za zupełnie naturalne, że odziedziczył zawód po ojcu i że tak być powinno. Lecz po upływie kilku lat Joachim doszedł do wniosku, że coraz bardziej nie lubi swej pracy.
Siedząc przy zasmolonym warsztacie zaczął marzyć o innej przyszłości – o sobie jako detektywie. W Modrzejowie potrzebny był ktoś, kto potrafiłby wyjaśnić tajemnice, wszystkie, jakie tylko można sobie wyobrazić, i nawet takie, których sobie wyobrazić nie można, a jednak istnieją.
Ostatnio nie było tu nawet policjanta, który by pilnował porządku na ulicach. To znaczy policjant oczywiście był — tylko jaki!
Wiele lat temu niedźwiedź Miś-Niedźwiecki mianowany został strażnikiem porządku w mieście. W pierwszym okresie, trzeba przyznać, pełnił służbę w sposób nienaganny. Ale w ostatnich latach było coraz gorzej.
Miś-Niedźwiecki zestarzał się, zrobił leniwy i ociężały i calusieńki rok przesypiał. Budził się najwyżej raz na miesiąc i ziewnąwszy parę razy, odwracał się na drugi bok.
Na szczęście w tych latach w Modrzejowie było dość spokojnie. Choć dawniej miasto bywało dotkliwie pustoszone przez wilka, który zwał się Rabuś-Krętacz i znany był z tego, że dokonywał włamań, nie pozostawiając żadnego śladu.
Ale od czasu gdy stary wilk otrzymał emeryturę i wybudował sobie chatkę w głębi lasów, noga żadnego rabusia nie postała w granicach miasta. Wieść głosiła, że Rabuś-Krętacz spędzał starość na grywaniu w Czarnego Piotrusia z samym sobą.
Jak wspomniano, nic poważnego się nie działo, choć utrzymywany przez miasto policjant wcale nie zasługiwał na miano stróża porządku. Wciąż natomiast zdarzały się drobne, lecz dziwne wypadki, mocno gniewające mieszkańców. Oto parę przykładów:
Zostajesz zaproszony na wytworny obiad w czwartek o siódmej wieczorem. Dużo wcześniej zaczynasz przygotowywać sobie najlepsze ubranie. Wyjmujesz z torby przeciwmolowej czarny garnitur, wkładasz najelegantszą koszulę. Kołnierzyk wykrochmalony i lśniąco biały. Nucąc piosenkę, myślisz sobie, że pewnie będzie grochówka i naleśniki, bo to przecież czwartek.
Spinka do kołnierzyka leży zwykle w puzderku na komodzie, ale po zdjęciu przykrywki okazuje się, że puzderko jest puste, zupełnie puste.
Szukasz wszędzie, w kącie koło pieca, pod komodą, w kredensie. Lecz spinki nie można znaleźć. Nic tak człowieka nie gniewa jak to, że ktoś ściągnął spinkę do kołnierzyka. I to właśnie wtedy, gdy trzeba się ubrać na wytworny obiad w czwartek o godzinie siódmej wieczorem.
Innym razem siedzisz sobie w domu i zabierasz się właśnie do jedzenia świeżo usmażonych kartoflanych placków. Leży przed tobą na talerzu perlący się od tłuszczu, pyszny placek. Nakładasz sobie na niego całą górę borówek, bierzesz nóż i widelec i już masz zacząć jeść.
I wtedy właśnie czujesz, że pękło sznurowadło w lewym buciku. Trudno jeść placki, mając rozwiązane sznurowadło. Odkładasz więc nóż i widelec, schylasz się. Po zrobieniu porządnego marynarskiego węzła prostujesz się i myślisz, że teraz spokojnie zjesz chrupiący placek. Ledwieś to sobie pomyślał, spoglądasz — i co widzisz? Właśnie, placek zniknął!
Tego rodzaju tajemnicze wypadki były w Modrzejowie na porządku dziennym. I nigdy nie udało się znaleźć wyjaśnienia.
Pewnego dnia na przedwiośniu Joachim Lis poczuł, że pora odłożyć na półkę szewskie narzędzia. Czas już zmienić zawód.
W ciągu lat Joachim zdołał zaoszczędzić tyle pieniędzy, że mógł zapisać się na Korespondencyjny Kurs dla Detektywów Prywatnych. Jest to znana i ceniona szkoła, w której kształciło się wielu najznakomitszych w kraju detektywów.
Już z pierwszej lekcji Joachim dowiedział się, że detektyw bardzo powinien dbać o swój wygląd zewnętrzny. Nie może wyglądać jak oberwaniec, lecz także nie powinien się zbytnio stroić.
Pierwszą czynnością Joachima Lisa było zapakowanie zasmolonego szewskiego ubrania do skrzyni na strychu. Potem sprawił sobie długie, wąskie spodnie z kantem jak ostrze noża, sztywny, biały kołnierzyk oraz obszerną pelerynę z czarnego aksamitu. Następnie kupił kraciastą kamizelkę i jeszcze bardziej kraciasty kapelusz.
Stanąwszy przed lustrem, uznał, że teraz już zupełnie przypomina detektywa, którego podobizna umieszczona była na pierwszej stronie pierwszego zeszytu „Korespondencyjnego Kursu dla Detektywów Prywatnych”. Brakowało mu tylko monokla i fajki. Monokl, najlepiej w prawym oku, to bardzo ważny szczegół powierzchowności detektywa. To również Joachim wyczytał z zeszytu. W ostateczności można poprzestać na zwykłych okularach. Fajka powinna być okazała i na wygiętym cybuchu.
No, więc dobrze. Joachim kupił i fajkę, i monokl. Ale zmusić okrągłe szkiełko, by siedziało w kąciku oka — z tym było gorzej. Jak tylko Joachim przestawał je przytrzymywać — wypadało. Co najmniej godzinę stał przed lustrem, wykrzywiając się. Zupełnie niemożliwe, monokl nie chciał tkwić tam, gdzie powinien.
Joachim spróbował przykleić go gumą do żucia. Teraz siedział — i to tak, że nie można go było w ogóle wyjąć. To też nie było dobre. Ku swemu zmartwieniu musiał więc Joachim zastąpić monokl parą okularów, które dobrze trzymały się na jego długim nosie. Okulary odziedziczył po ciotce z Ameryki. I prawdę mówiąc, nieźle wyglądały, uznał Joachim.
Joachim nigdy przedtem nie próbował palić. Gdy się pierwszy raz zaciągnął, poczuł dziwny smak na języku. No, dobre to nie było z całą pewnością. Ale jeżeli w „Korespondencyjnym Kursie” jest napisane, że powinno się palić fajkę na wygiętym cybuchu, to...
Potem Joachim dowiedział się, że mądrze jest od razu, od początku ćwiczyć się w rzucaniu lassem. Zręczne
zarzucanie lassa to najlepszy sposób chwytania rabusiów i bandytów.
Sznur od bielizny może znakomicie służyć jako lasso,
Joachim ćwiczył więc codziennie.
Przez całą wiosnę Joachim ślęczał nad lekcjami Korespondencyjnego Kursu dla Detektywów Prywatnych. Uczelnia była daleko, w stolicy, gdzie mieszkał król. Joachim robił duże postępy i dość często nauczyciele, odsyłając mu zadania, pisali pod nimi „celująco”, „dobrze” albo „właściwe rozwiązanie”.
Warsztat szewski Joachim zmienił w kantor z biurkiem, koszem na papiery i wszystkim, co w biurze być powinno. Prócz izby, w której dawniej był warsztat, w domku Joachima mieściły się jeszcze kuchnia i sypialnia. Przy jego łóżku do późna w nocy paliła się łojowa świeczka.
Nadszedł wreszcie dzień, gdy Joachim ukończył kurs. Z uczelni otrzymał pismo, że był jednym z najpilniejszych uczniów, i na dowód tego — dyplom. Joachim nigdy nie czuł się tak szczęśliwy i dumny jak w momencie, gdy przybijał dyplom do ściany nad biurkiem.
Tego wieczoru wyrysował wielki plakat i zawiesił przed wejściem do domku. Już następnego ranka mieszkańcy Modrzejowa mogli przeczytać:
TAJEMNICE WSZELKIEGO RODZAJU
zostaną wyjaśnione szybko i tanio
zwracajcie się z całym zaufaniem do
JOACHIMA LISA
detektywa dyplomowanego

(ur. 1932)

Szwedzki autor literatury dziecięcej. W Dwóch Siostrach ukazałą sie jego książka Joachim Lis.

(ur. 1938)

Ukończyła Wydział Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowni prof. Jana Marcina Szancera. Autorka znakomitych ilustracji i opracowań graficznych książek i czasopism dla dzieci. Zdobyła wiele wyróżnień krajowych i zagranicznych, w tym Medal Polskiej Sekcji IBBY za całokształt twórczości dla dzieci i młodzieży. Zilustrowała wydane przez Dwie Siostry książki: Czarodziejski młyn i Joachim Lis.
nakład wyczerpany
28,00 zł   25,00 zł
dodaj do koszyka
28,00 zł   25,20 zł
dodaj do koszyka
nakład wyczerpany